Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki..
AKCEPTUJĘ

Piotr Robak dla Legiakosz.com

Autor: Marcin Bodziachowski Fot. Piotr Koperski, Paweł Kołakowski, Marcin Bodziachowski 2017-04-26 19:16

Piotr Robak w poprzednim sezonie był najlepszym zawodnikiem sezonu zasadniczego. W Legii gra mniej i zdobywa mniej punktów, ale zdaje sobie sprawę, że najważniejsze są cele drużyny, nie zaś indywidualne statystyki. O tym, że zostanie koszykarzem wiedział już w wieku 3. lat, kiedy oglądał na parkiecie swojego ojca. Polecamy długi wywiad z rzucającym obrońcą Legii.

Do gry w koszykówkę najbardziej zachęcał Cię tata?
PIOTR ROBAK: Trzeba powiedzieć, że dzięki niemu zacząłem przygodę z koszykówką, bo już od najmłodszych lat mama zabierała mnie na jego mecze. Jak wspomina moja mama, kiedy miałem 3-4 lata i chodziłem na mecze taty, mówiłem że chcę być koszykarzem. To na pewno dzięki niemu, chociaż tak naprawdę, to w ogóle nie musiał namawiać mnie do tego sportu. Od małego naoglądałem się jego spotkań i czymś naturalnym wydawało mi się, by zostać koszykarzem jak on.

Z tego co wiem, Twój tata zaczynał przygodę ze sportem od treningów piłkarskich. Sam nie zaczynałeś podobnie?
- Tak było, tata faktycznie zaczynał od treningów piłkarskich, ja jednak piłki nie trenowałem. Wiadomo, że grałem z kolegami na podwórku, ale nie było to aż tak zaawansowane, bym zaczął trenować piłkę, czy chciał zostać piłkarzem. Bardziej w grę wchodziła siatkówka. Właśnie pomiędzy tym sportem i koszykówką miałem chwilę zastanowienia, ale to była krótka chwila. Wolałem koszykówkę i nie żałuję, że wybrałem ten właśnie sport.

Pamiętasz w ogóle występy ojca, bo w wieku 3-4 lat pewnie trudno nie tylko rozumieć tę dyscyplinę, ale i zapamiętać to bardziej szczegółowo na lata?
- Faktycznie z tego okresu niewiele pamiętam, a moja mama sama była po latach zdziwiona, że zabrała mnie na mecz w takim wieku, a ja byłem tym zainteresowany. Byłem zapatrzony na parkiet i ojca jak w obrazek. Głowa chodziła mi od jednego do drugiego kosza. Wiele meczów taty mamy nagranych i jak podrosłem, to odtwarzałem je sobie. Zdecydowanie więcej pamiętam z okresu kiedy miałem 7-8 lat. Byłem na każdym meczu ojca, które rozgrywane były "u siebie", a relacji ze spotkań wyjazdowych słuchaliśmy w radio. Nie było wtedy oczywiście relacji internetowych, a i mecze transmitowane w telewizji należały do rzadkości. Myślę, że to że jestem koszykarzem nie jest dziełem przypadku.

Według Ciebie koszykówka bardzo zmieniła się w ciągu ostatnich 20-30 lat?
- Zmieniła się bardzo, trudno to nawet porównywać. Kiedyś koszykówka nie opierała się aż tak bardzo na fizyczności. Siłownia nie była tak powszechna. Tata wspominał, że na początku w ogóle koszykarze nie chodzili na siłownię. Funkcjonowała wówczas teoria, że ona niszczy rzut i nie jest najlepszym rozwiązaniem dla koszykarzy. Jak czasami włączę sobie mecz z lat 80-tych, to świetnie widać jak koszykówka ewaluowała w ciągu ostatnich lat.

Jak wyglądały Twoje koszykarskie początki, kiedy trafiłeś do klubu i rozpocząłeś treningi?
- Na pierwszy trening poszedłem w Toruniu, kiedy mój tata występował w klubie z tego właśnie miasta. Miałem wtedy 7 lat. Nie wiem, czy można to nazwać treningiem, raczej to była zabawa z piłką. Potem w Bydgoszczy poszedłem na trening do Pałacu Młodzieży, a miałem wtedy 8, może 9 lat. Tam uczęszczałem regularnie na treningi 2-3 razy w tygodniu. Pałac Młodzieży był w pewien sposób "podczepiony" pod Astorię Bydgoszcz, i zawodnicy tego klubu przechodzili do klas sportowych i reprezentowali barwy Astorii. W szóstej klasie przeniosłem się do klasy sportowej i występowałem od tego czasu w Astorii.

W wieku 18 lat debiutowałeś na szczeblu centralnym w seniorskim zespole Astorii. Osiągnąłeś jakieś sukcesy w koszykówce młodzieżowej w Bydgoszczy?
- Astoria odnosiła sukcesy, ale głównie wcześniej, kiedy mój tata grał w tym klubie. Nie udało mi się zdobyć medalu młodzieżowych mistrzostw Polski. W Bydgoszczy równolegle były dwa zespoły - Astoria i Novum i poniekąd walczyliśmy między sobą. Był taki rok, kiedy połączyli nasze zespoły i wtedy odnieśliśmy najlepszy wynik w tamtych latach, odpadając w półfinałach. Nie weszliśmy do czołowej ósemki. Szkoda, że ta fuzja nie działała od najmłodszych lat, może wtedy udałoby się zdobyć medal? Żal jest, że tego medalu nie udało się wywalczyć, choć z drugiej strony czasy juniorskie wspominam bardzo miło. Z wieloma kolegami z tamtej drużyny utrzymuję kontakt do dziś.

Mając 18 lat grałeś już w pierwszym zespole Astorii. Przeskok z koszykówki młodzieżowej do seniorskiej był bardzo trudny?
- Na pewno tak, już same treningi z seniorami stanowiły dla mnie duży przeskok na o wiele wyższy poziom. Kiedyś ten awans do seniorów musiał nastąpić, początki były trudne, ale tak pewnie odczuwa to każdy młody zawodnik przechodzący ten właśnie etap. Debiutowałem w II lidze w meczu Astorii z Harmattanem Gniewkowo...

Można powiedzieć, że na dobry początek takie lokalne derby.
- Tak właśnie było, nie brakowało animozji pomiędzy Astorią i Harmattanem, kibice obu klubów nie przepadali za sobą. Wygraliśmy ten mecz. Pamiętam też, że mój pierwszy wyjazdowy mecz w seniorach, rozgrywaliśmy z Legią, właśnie w tej hali na Bemowie.

Mocno zbiliście wtedy Legię na parkiecie.
- Mecz rozgrywaliśmy przed świętami, i pamiętam że faktycznie wygraliśmy dość wysoko. Kto by pomyślał, że siedem lat później będę występował właśnie w Legii.

Tym bardziej, że wtedy Legię w ciągu dwóch sezonów pokonywaliście wysoko cztery razy, Legia broniła się przed spadkiem do III ligi, a teraz trafiłeś do klubu, który znajduje się zupełnie na innym poziomie, i bije się o awans do PLK.
- Parę lat temu faktycznie Legia miała gorszy okres w swojej koszykarskiej historii, plasowała się nisko w II lidze, raz nawet spadła do trzeciej ligi. Przez moment nie było tak głośno o tym klubie, jak choćby jest teraz. Wiadomo, że cele dzisiejszej Legii i tamtej sprzed kilku lat są zupełnie inne. Dziś chcemy wejść do ekstraklasy. Jesteśmy blisko tej najwyższej klasy rozgrywkowej.

Atmosferę tych meczów pamiętasz? Przeglądałem sobie przed wywiadem zdjęcia z tamtych spotkań i można powiedzieć, że ówczesny "młyn" był liczniejszy niż ten dzisiejszy, mimo że sportowo te drużyny dzielą przynajmniej dwa poziomy.
- Pamiętam atmosferę, pamiętam też, że Żyleta wtedy była na trybunie prostej, naprzeciwko naszej ławki, nie zaś obok ławki gości, jak to ma miejsce od niedawna. To robiło duże wrażenie, szczególnie na mnie, który pojechał na pierwszy wyjazd z seniorami. Jak kibice ryknęli "Sen o Warszawie", to chyba nas wszystkich przeszły ciarki po plecach. Super atmosfera.

Z Astorią wywalczyłeś w końcu awans do pierwszej ligi. Co się stało, że w I lidze grałeś zdecydowanie mniej?
- Wygaliśmy wtedy finał play-off z SKK Siedlce, w którym występował wtedy Kamil Sulima. Pierwszy sezon w I lidze był bardzo trudny dla nas, jako całego zespołu. Zaczęliśmy słabo, od 7-8 porażek na początku rozgrywek. Sam grałem mniej i z pewnością był to ciężki sezon. Poziom w I lidze z pewnością był wyższy. Mimo, że później w końcu wygraliśmy kilka spotkań, to na koniec rozgrywek spadliśmy znów do drugiej ligi. W play-outach graliśmy z Lublinem i przegraliśmy je 2:3, przy czym decydujące spotkanie rozgrywaliśmy na wyjeździe.

Przenosiny do Świecia, które nastąpiły właśnie po tym sezonie, to bardziej Twój pomysł, czy może wyszedł od Astorii?
- Astoria chciała mnie zatrzymać, miałem propozycję z klubu, ale doszedłem do wniosku, że muszę znaleźć klub, w którym będę spędzał znacznie większą liczbę minut na parkiecie. Taką właśnie perspektywę gry zaproponował mi KK Świecie. W wieku 19-20 lat uznałem, że muszę się ogrywać, a nie siedzieć na ławce. Z perspektywy czasu uważam, że to był bardzo dobry ruch z mojej strony, bo na parkiecie spędałem po około 30 minut w meczu, nabrałem doświadczenia.

Tata pomagał w jakiś sposób w tym "transferze"? Jak wiadomo, w trakcie swojej kariery kilka lat w tym mieście spędził.
- To już nie był ten sam klub, bo tata grał w Polpaku Świecie, który później upadł, ja zaś trafiłem już do Klubu Koszykówki Świecie. Tata powiedział, że sam podejmę ostateczną decyzję, ale jeżeli mam tam grać dużo minut, to będzie dobra decyzja. Trenerem KK Świecie był wtedy kolega z taty drużyny, a w zespole występowałem też z jednym z zawodników, z którym mój tata występował na parkiecie w drużynie Polpaku.

Patrząc na przebieg Twojej kariery i statystyki, można powiedzieć, że ten krok wstecz - do drugiej ligi, wyszedł Ci na dobre. Sprawdziło się to, że dużo grałeś i dużu rzucałeś.
- O to mi wtedy chodziło - zagrać dobry sezon, ograć się. Zrobiłem krok w tył, żeby potem zrobić dwa do przodu.

I wrócić ponownie do Astorii.
- Nadarzyła się okazja, że po roku spędzonym w Świeciu, Astoria wróciła do pierwszej ligi, a ja dostałem ofertę gry w Bydgoszczy kolejny raz. Byłem zadowolony z tego faktu. Fajnie było znów spróbować swoich sił w I lidze, do tego w rodzinnym mieście.

Do Bydgoszczy wracałeś kilka razy. Chyba idealnie pasuje do Ciebie powiedzenie - wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
- Coś w tym jest, zawsze ciągnie do domu, gdzie ma się rodzinę. W Bydgoszczy mam właściwie całą rodzinę, przyjaciół. Nie da się ukryć, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Sezon 2013/14 był dla Astorii średnio udany (10. miejsce), ale dla Ciebie indywidualnie chyba więcej niż przyzwoity, bo dostałeś po nim szansę gry w ekstraklasie.
- W przerwie sezonu przyszedł do nas trener Krutikow i muszę powiedzieć, że bardzo dużo wyniosłem z pracy z tym szkoleniowcem. Postawił na mnie, mogłem liczyć na zaufanie z jego strony. Treningi były bardzo ciężkie, ale i niezwykle pożyteczne. On sprawił to, że po sezonie, w którym zajęliśmy może i nie najwyższe 10. miejsce, pojawiły się oferty gry w PLK. Wszystko wskazywało na to, że dalej zostanę w Astorii i będę grać w pierwszej lidze, ale kiedy przyszły dwie oferty, pomyślałem, że chyba najwyższy czas spóbować gry na najwyższym poziomie ligowym w Polsce. Zdecydowałem się na przenosiny do Polpharmy.

Skąd była ta druga oferta?
- Dzwonił do mnie trener Turkiewicz z Lublina. Wybrałem Starogard Gdański poniekąd też z tego powodu, że leży bliżej Bydgoszczy. Byłem wtedy na ostatnim roku studiów w Bydgoszczy, a dzięki grze w niedalekim Starogardzie, mogłem ukończyć studia w terminie. Trasę pomiędzy tymi miastami pokonywałem wtedy w niespełna półtorej godziny.

Łączenie nauki z grą w koszykówkę na tak wysokim poziomie na pewno nie jest łatwe.
- To jest możliwe, ale wymaga wielu wyrzeczeń. Szczerze mówiąc, zawsze rodzice powtarzali mi, że fajnie, że gram w koszykówkę, ale powinienem mieć jakąś alternatywę, gdyby w sporcie mi nie wyszło, lub gdybym doznał kontuzji. Jak widać po moim przykładzie, można to pogodzić. Kiedy trenowałem w juniorach Astorii, mieszkałem akurat z rodzicami poza Bydgoszczą i dojeżdżałem codziennie PKS-ami. To też nie było najłatwiejszym rozwiązaniem, bo dojeżdżałem nim rano do szkoły, później na obiad do domu, a po nim od razu na trening, i kolejny PKS to droga z Bydgoszczy do domu, już późnym wieczorem. No i oczywiście w między czasie trzeba było się pouczyć. Ale od najmłodszych lat przechodziłem kolejne szczeble edukacji, studia również udało mi się skończyć i jestem z tego powodu zadowolony. Mam wykształcenie i po zakończeniu kariery mogę rozpocząć inną ścieżkę, i układać sobie życie niezwiązane ze sportem. Czyli będę miał wybór.

Ten właśnie moment - wejścia do klubu z PLK, był tym, kiedy dotarło do Ciebie, że z tej koszykówki...
- ... można żyć i można zrobić karierę? Czy to był ten moment? Na pewno pierwszy sezon w ekstraklasie był tego typu sygnałem, że mam szansę zrobić jakąś karierę, będę mógł z kosza nie tylko czerpać radość, ale również utrzymać siebie i rodzinę. Wcześniej za przykład miałem tatę, który grał w koszykówkę i potrafił utrzymać z tego rodzinę. Kiedyś właśnie myślałem, że fajnie by było grając w koszykówkę, zapewnić byt sobie, i swojej rodzinie. Cieszę się, że sam również doszedłem do takiego momentu.

Jak oceniasz ten sezon w ekstraklasie, bo statystyki na pewno wszystkiego nie mówią? Co ciekawe, debiutowałeś w niej rok później niż Twój tata.
- Na pewno był to ciężki sezon zarówno dla mnie, jak i klubu. Dopiero poznawałem te rozgrywki, które wcześniej oglądałem tylko w telewizji. Zbierałem doświadczenie, grając przeciwko wielu obcokrajowcom w ekstraklasie. Na pewno nie byłem do końca zadowolony, bo mimo wszystko liczyłem na więcej minut. A z tym było różnie. Raz byłem w rotacji przez 2-3 spotkania, by potem przez trzy kolejne w ogóle nie wyjść na parkiet. Tak wyglądał cały tamten sezon. Kiedy trzy mecze siedzi się na ławce, i w końcu trener wpuszcza Cię na chwilę w czwartym, pewność siebie nie jest tak wysoka jak u gracza, który regularnie dostaje szanse. Drużyna sporo meczów przegrywała i atmosfera wokół klubu nie była najlepsza. Dzisiaj patrząc na tamten sezon, uznaję to za cenne doświadczenie, które jeszcze zaprocentuje. Zobaczyłem co należy poprawić w swojej grze, żeby jeszcze do tej ekstraklasy wrócić i zaprezentować się lepiej. Poznałem tam fajnych ludzi.

Między innymi "Kukłę" i "Jarmaka".
- Dokładnie.

Myślisz, że dzięki temu łatwiej Wam się dziś rozumieć na parkiecie?
- Tak sądzę. Pewne zachowania zawodników można poznać obserwując ich codziennie na treningach i w meczach. Później zaś, kiedy otrzymałem propozycję gry w Legii, od razu zadzwoniłem do "Kukły" i zapytałem o kilka spraw, które wiele rozjaśniły mi.

Później "Jarmak" pewnie do Ciebie dzwonił przed przyjściem do Legii?
- Do mnie akurat nie, ale na pewno dzwonił właśnie do "Kukły". To są dobre ziomki, jak sami mówią o sobie. Kiedy dowiedziałem się, że "Jarmak" wzmocni nasz zespół, to nie ukrywam, że ucieszyłem się. Znałem go i wiedziałem, że przyniesie dobrą energię.

Było też widać, że takiego zawodnika, wysokiego środkowego brakowało w drużynie.
- Można powiedzieć, że właśnie Mateusz był brakującym elementem tej układanki. Brakowało wysokiego gracza, który ma duży zasięg. On do tego potrafi zagrać pod koszem, ale i wyjść na obwód i rzucić. To dobry transfer, co Mateusz pokazuje w spotkaniach. Wydaje mi się, że już się odnalazł w drużynie i dużo nam pomaga.

Po sezonie w Polpharmie ponownie wróciłeś do Astorii. Do była jedyna możliwość na tamten moment, czy czekałeś jeszcze na sygnał któregoś z klubów PLK?
- Szczerze mówiąc, to była dla mnie trudna decyzja. Mimo, że mało grałem w ekstraklasie, nie czułem się gorszy od pozostałych zawodników. Jeżeli wtedy zgłosiłby się po mnie jakiś klub, który powiedziałby, że da mi określoną rolę w ekstraklasie - na przykład mocne bronienie przez 10-15 minut w meczu - to bym został w ekstraklasie. Nie było jednak takiej oferty, pojawiały się jedynie zapytania. Nie interesowało mnie natomiast bycie 10-11 zawodnikiem w drużynie, który jest tylko do treningu. Dlatego też wróciłem do pierwszej ligi, gdzie mogłem mieć szanse dłuższej gry. Tak jakoś wyszło, że kolejny raz Astoria odezwała się do mnie bardzo szybko. W klubie pojawiły się w końcu ambitne plany - drużyna miała grać nie tylko o utrzymanie, ale celem były play-offy.

I to udało się zrealizować. W pierwszej rundzie play-off graliście zresztą z Legią, przegraliście 0:3. W trzecim meczu można powiedzieć, że już mieliście Legię, do przerwy, na widelcu i wydawało się, że przedłużycie serię przynajmniej do czwartego spotkania. Czego zabrakło?
- Swoje zadanie wykonaliśmy, zajmując szóste miejsce po sezonie zasadniczym i awansując do play-offów. Mówiliśmy sobie, że chcemy przynajmniej jeden mecz Legii urwać. W obu spotkaniach w Warszawie nie mieliśmy za bardzo nic do powiedzenia. Może na początku drugiego spotkania jeszcze trochę powalczyliśmy, ale oba mecze były pod dyktando Legii. Chcieliśmy urwać mecz u siebie, by nasi kibice mieli okazję zobaczyć jeszcze jedno spotkanie w Bydgoszczy. Pierwszą połowę skończyliśmy z wynikiem bodajże +13. To kosztowało nas sporo energii, bo wyszliśmy mocno nabuzowani. Po przerwie zabrakło nam siły i rotacji. Graliśmy wtedy zawężoną rotacją, w 7-8 zawodników. Legia miała dziesięciu, mogła rotować. Kiedy Legia włączyła swój wyższy bieg, była nie do zatrzymania. Mówiąc zupełnie szczerze, Legia była na nas za mocna i pomimo porażki 0:3 nikt w klubie nie robił z tego tragedii.

Powiedz teraz szczerze, bo wtedy nie byłeś jeszcze zawodnikiem Legii - kto według Ciebie był faworytem zeszłorocznego finału pomiędzy naszym klubem a Miastem Szkła Krosno?
- Wiadomo, że wszyscy stawiali wtedy na Krosno, liczyli że to ten zespół spokojnie awansuje do ekstraklasy. Mówiąc szczerze nie spodziewałem się tak dobrej Legii w play-offach. Po nas Legia przeszła się jak chciała, później nie dała żadnych szans Sokołowi Łańcut, wygrywając 3:1, przy czym wygrali w drugim meczu w Łańcucie +30. Przed finałem byłem przekonany, że to nie będzie jednostronna rywalizacja. Wszyscy mieliśmy w pamięci, że Krosno przeszło jak burza przez sezon zasadniczy. Krosno było według mnie delikatnym faworytem, ale po wynikach pierwszego i trzeciego meczu, kiedy Legia wygrała na Bemowie +30, byłem przekonany, że warszawski zespół już tego nie wypuści, a Krosno jest pod ścianą. Bardzo mocno zdziwił mnie wynik czwartego meczu...

Takie wysokie wygrane raz jednej, raz drugiej drużyny to raczej niespotykane w play-off.
- To dość ciekawe, że te mecze kończyły się tak różnymi wynikami, rozgrywane w końcu dzień po dniu. Piąty mecz oglądałem przez chwilę. Ale wtedy liczyła się dyspozycja dnia, zespoły znały się już świetnie. Ten ostatni mecz był najbardziej wyrównany. Krosno delikatnie prowadziło. Przewaga własnego parkietu, doping kibiców - to z pewnością pomogło ekipie z Podkarpacia.

W tym sezonie przewagę parkietu do końca sezonu będziecie mieli Wy. Można powiedzieć, że wszystkie karty są w Waszych rękach.
- To nasz duży plus, że mamy przewagę parkietu. Nasi kibice robią świetną atmosferę, pomagają nam zawsze, nawet kiedy nam nie idzie. Samo to jednak nie zapewni nam awansu. Przecież nie będzie tak, że kolejne zespoły będą przyjeżdżać do Warszawy, a my będziemy ich "lać".

Pokazał to już w pierwszym meczu play-off młody zespół Basketu Poznań.
- Tak było. Wszystkie drużyny spinają się na Legię podwójnie. Byliśmy liderem po rundzie zasadniczej, a do meczów z liderem też z pewnością podchodzi się inaczej zmotywowanym. Na pewno 1. miejsce przed play-off to nasz atut. Jeśli jednak chcemy awansować, musimy także wygrywać na wyjeździe. Pokazaliśmy to nie raz w sezonie zasadniczym.

Na wyjazdach macie nawet lepszy bilans niż na własnym parkiecie.
- Potrafimy grać na wyjazdach. Kiedy dojdzie do piątego meczu, na przykład finałowego, na pewno wolę grać go u siebie, nie zaś na wyjeździe, gdziekolwiek to ma być.

Mówisz o podwójnej mobilizacji na mecze z Legią. Tam samo było w Bydgoszczy, kiedy Astoria rywalizowała z Legią? Z klubem, który w całej Polsce uchodzi za taki, który nie jest obojętny i albo się go kocha, albo nienawidzi.
- Nie będę ukrywał, że tak było. Wyjazd do Warszawy, stolicy, na mecz z Legią jest czynnikiem dodatkowo motywującym. Najlepiej widać to jednak występując już w Legii, i widząc, jak inne drużyny spinają się na mecze z nami. Tak jak mówisz, Legię się albo kocha, albo nienawidzi. Często jak jedziemy na mecz wyjazdowy, lokalni kibice nie są nam przychylni. Co zrobić? Musimy robić swoje, bez względu na to, czy ktoś będzie rzucał w nas wyzwiskami. Wiemy jaki mamy cel, a jak ktoś jest do nas nieprzyjaźnie nastawiony, to może być jeszcze bardziej motywujące dla nas. Musimy pokazać, że jesteśmy lepsi i tyle.

Wszyscy mówią, że Basket Poznań jest niewygodnym rywalem dla Legii, bo młody, wybiegany itd. Co naprawdę sprawia, że ten zespół faktycznie Wam nie leży, bo w Warszawie przegraliśmy z nimi także rok wcześniej, kiedy jeszcze grałeś w Astorii?
- Na pewno poznaniacy nie są łatwym rywalem, co pokazali już w sezonie zasadniczym. Przegrywali wtedy -20 i myśleliśmy już, że jest po meczu, a to taki zespół, który nigdy się nie poddaje. Młode chłopaki, ale walczą zaciekle. Z drugiej strony w play-offach nie ma już wygodnych rywali. Na kogo byśmy nie trafili, każdy będzie walczył na całego. W pierwszym meczu zagrali jak doświadczony zespół, nie jak młodzież. Trzeba oddać chłopakom z Poznania, że zagrali dobre zawody. Mamy jednak tak doświadczony skład, że byłem przekonany, że sobie z tym poradzimy, co zresztą pokazaliśmy w drugim meczu.

Tu także w meczach dzień po dniu była bardzo duża różnica punktowa z Waszej strony. W pierwszym z nich zdobyliście zaledwie 57 punktów, najmniej w całych rozgrywkach.
- Znaleźliśmy receptę na obronę Poznania, którzy stosują różne warianty. Drugie spotkanie pokazało, że potrafimy się im przeciwstawić, czego brakowało w piątek. Szkoda tego pierwszego meczu, ale teraz nie ma sensu tego rozpamiętywać. Jedziemy do Poznania wygrać dwa mecze. [rozmawialiśmy przed wyjazdem do Poznania - przyp. MB]. Chcemy to zakończyć w czterech spotkaniach, na pewno nie chcemy doprowadzać do nerwowego meczu numer pięć.

Przed przyjściem do Legii, jasna wizja - wywalczenie awansu do PLK, była czynnikiem motywującym, czy może jednak wpływającym negatywnie w postaci presji?
- Nie miałem obaw, cieszyłem się, że trafiam do klubu, który ma jasno określony cel. To niespotykane, że w lidze, która liczy 16 drużyn, tylko Legia mówi głośno, że jej celem jest wejście do ekstraklasy. Wiadomo, że presja jest, ale nie czułem żadnych obaw. Można powiedzieć, że to sprawiało, że byłem bardziej podekscytowany.

A czy nie było obaw, może bardziej ze strony małżonki, że Warszawa zawróci Ci w głowie?
- Wręcz przeciwnie. Kiedy moja małżonka usłyszała, że otrzymałem ofertę z Legii, była tym zachwycona. Zawsze chciała mieszkać w Warszawie i z jej strony wyczuwałem, że kiedy tylko usłyszała o Legii, nie miałem innego wyboru (śmiech). Tutaj mogę powiedzieć, że czułem presję (śmiech). Żona jest zadowolona, ja również, na nic nie możemy narzekać.

Kiedy założyłeś rodzinę?
- Pobraliśmy się w zeszłe wakacje. 29 lipca 2016 roku. Świeżo po ślubie przeprowadziliśmy się do Warszawy. To było tydzień po weselu, jeszcze nie opadły emocje.

Początek przygotowań do sezonu.
- Dokładnie, z tego powodu nie zdążyliśmy nawet zrobić sesji ślubnej i przełożyliśmy ją na najbliższe wakacje. Pierwsze miesiące małżeństwa są jak najbardziej udane.

Nie obawiasz się, że w przyszłości, jak to czasem bywa u sportowców, będziecie zmuszeni do życia na odległość? Czy takie rozwiązanie w ogóle nie wchodzi w grę?
- To byłoby bardzo ciężkie i dla mnie, i dla Agi. Raczej nie wchodzi to w rachubę. Życie pisze różne scenariusze, może być różnie, ale nie wyobrażam sobie, by Aga mieszkała teraz w Bydgoszczy, a ja w Warszawie. Dużo mi pomaga. Mam nadzieję, że bez względu jak moja kariera się potoczy, gdzie przyjdzie mi grać, Agnieszka będzie tam ze mną. W końcu wiedziała na co się pisze - życie ze sportowcem nie może być jej obce.

Dzięki temu też łatwiej upilnować męża, żeby nie poznawał nocnych uroków Warszawy.
- Właśnie tak. Wiadomo, że Warszawa kusi, jest dużym miastem, w którym można znaleźć wiele rozrywek. Nie wiem, czy sama żona chciałaby, żebym mieszkał tu sam. Chyba jednak by na to nie pozwoliła.

W Astorii w poprzednim sezonie rzucałeś dwa razy więcej punktów i grałeś średnio 10 minut w meczu dłużej. Spodziewałeś się, że Twoja rola - w końcu najlepszego zawodnika sezonu zasadniczego - będzie w Legii zupełnie inna?
- Spodziewałem się, że moja rola będzie inna. W każdym meczu kto inny może poprowadzić nas do zwycięstwa. Miałem tego świadomość, przed podpisaniem umowy rozmawiałem z trenerem, wiedziałem jakie będę miał zadania w obronie. Nie rozpaczam z tego powodu, że rzucam dwa razy mniej punktów. Statystyki indywidualne nie są dla mnie na pierwszym miejscu, schodzą na dalszy plan. Przyszedłem do Legii, żeby wywalczyć awans z drużyną. Najważniejsze, by ostatni mecz sezonu wygrała Legia.

W przypadku awansu, który mamy nadzieję nastąpi w maju, Legia będzie miała u Ciebie priorytet na kolejny sezon?
- Tak będzie bez wątpienia. Chciałbym zostać w Legii jak wejdziemy do ekstraklasy. Dobrze czuję się w klubie, dobrze z żoną czujemy się w Warszawie, i na pierwszym miejscu będę stawiał pozostanie w tym klubie.

W zeszłym roku awans do PLK wywalczył Twój dawny kolega z drużyny, Filip Małgorzaciak. W PLK Krosno postawiło nie tylko na niego, ale i kilku innych zawodników, którzy wywalczyli awans. To chyba idealne rozwiązanie.
- Drużyna z Krosna jest dobrym przykładem na to, że nie trzeba wymieniać 3/4 składu, żeby poradzić sobie w PLK. Zostawili 7 Polaków, do których dokooptowali 3-4 dobrych obcokrajowców i pokazali, że można walczyć w ekstraklasie. Mam nadzieję, że z Legią będzie podobnie i większość z nas zostanie, a do tego zrobione zostaną dobre transfery i pokażemy, że nie trzeba mieć składu opartego na niemal samych obcokrajowcach, by zaistnieć w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce.

Trenerzy sporadzycznie, ale wystawiają Cię na "jedynce". Jak czujesz się na tej pozycji, bo na pewno uniwersalność w pewien sposób podnosi Twoją wartość jako zawodnika.
- W juniorach zaczynałem jako rozgrywający. W rozgrywkach młodzieżowych łączyłem jeszcze grę na jedynce i dwójce. Przez całą karierę jest tak, że grywam na obu tych pozycjach, w zależności od zapotrzebowania. W Legii wchodzę na "jedynkę" tylko jeśli "Paci" ma jakieś problemy albo Łukasz Wilczek. W Bydgoszczy często grywałem na tej pozycji, ale nie ukrywam, że zdecydowanie lepiej czuję się na "dwójce". Kiedy trener każe mi rozgrywać, na pewno nie obrażam się i robię to najlepiej jak potrafię. Nie jest to dla mnie nic trudnego, jestem w stanie "odciążyć" nasze podstawowe jedynki, jeśli jest to konieczne.

Twój tata w jednym z wywiadów powiedział, że masz lepszy rzut od niego.
- Mój tata był znany przede wszystkim ze świetnej defensywy. Zawsze był desygnowany do krycia Amerykanów. Sam od zawsze bardziej miałem inklinacje rzutowe. Chociaż mam nadzieję, że pokazuję, że obrona też nie jest dla mnie obcym aspektem. Poprawiłem się w tym elemencie gry na przestrzeni ostatnich lat. Trener Bakun daje mi defensywne zadania, to chyba również świadczy o tym, że poprawiłem się w obronie. Nie każdy lubi bronić, ja zaś doszedłem do takiego punktu, że rozumiem, jak jest to ważne dla drużyny. Staram się w grze defensywnej iść cały czas do przodu.

Rodzina po meczu, który ogląda w Twoim wykonaniu zapewne nie stroni od uwag i rozmów. W końcu jeśli tata przez tyle lat grał w kosza, na pewno może merytorycznie z Tobą podyskutować.
- Tak było szczególnie, kiedy grałem w Bydgoszczy, gdzie na trybunach pojawiało się wiele osób z mojej rodziny. Zawsze tata po meczu nie tylko gratulował, ale mówił, w których momentach mogłem zachować się lepiej. Po meczach w Warszawie, żona zawsze musi mi powiedzieć co nieco na temat mojej gry - głównie to, co powinienem robić lepiej. Komentarze pojawiają się co mecz. Nie obrażam się z tego powodu, bo wiem, że oni robią to w dobrej wierze i dla mojego dobra.

Jak najbardziej lubisz spędzać wolny czas?
- Różnie. Lubię zarówno przeczytać dobrą książkę, sprawdzić informacje w Internecie. Między treningami żona jest akurat w pracy i ten czas muszę jakoś sobie zagospodarować. Wtedy lubię zrobić sobie dobry posiłek, a czas szybko upływa. Kiedy jest trochę więcej czasu, chętnie wychodzę z żoną do kina, czy na spacer po warszawskiej Starówce. Staram się spędzać ten czas aktywnie, chociaż nie zawsze po treningu się to udaje, czasem organizm potrzebuje snu. Wiele zależy od dnia. Do tego czasem dochodzi nauka, bo zacząłem kolejne studia.

Gdzie i na jakim kierunku?
- W zeszłym roku zacząłem naukę na akademii Leona Koźmińskiego. Mam różne prace do wykonania. Wybrałem kierunek ekonomia, zawsze chciałem dokształcić się w tym kierunku. Nadarzyła się okazja i cieszę się, że mogę to połączyć z grą w koszykówkę w Warszawie. Mam indywidualny tok nauczania, ale czasem właśnie wolny czas muszę poświęcić na naukę, czy zrobienie jakiejś pracy na uczelni.

Jakiej muzyki słuchasz na co dzień?
- Nie mam jednego ulubionego wykonawcy, ani stylu muzycznego. Koszykówka od zawsze kojarzyła się z czarnymi rytmami, rapem i hip-hopem. Lubię też posłuchać dobrego popu, nie jestem w żaden sposób zamknięty na jakiś gatunek muzyczny. No może nie licząc techno, którego nie lubię. Najważniejsze, żeby nuta wpadała w ucho.

Śledzisz inne od koszykówki dyscypliny sportowe - wyniki, mecze, mistrzostwa, igrzyska?
- Staram się śledzić każdy sport. Choć głównie piłkę nożną, bo to nią żyje cały nasz kraj. Kiedyś bardziej interesowałem się siatkówką, z czasem trochę mi przeszło. Przede wszystkim jednak, co chyba nie dziwi, koncentruję się na koszykówce.

Miałeś już okazję być na meczu przy Łazienkowskiej i jakbyś porównał atmosferę z tą, jaka była jeszcze kilka lat temu na meczach piłkarskich w Bydgoszczy?
- Niestety jeszcze nie. Cały czas powtarzałem sobie, że pójdę jak się zrobi cieplej, ale przyznaję - dotąd nie byłem, ale wybiorę się na pewno. Czasem nasze mecze pokrywały się z piłką, ale w grupie mistrzowskiej na pewno znajdę czas. Muszę się natomiast przyznać, że nigdy nie byłem na meczu Zawiszy.

Rozmawiał Marcin Bodziachowski



Komentarze

Sponsorzy i partnerzy

Partner strategiczny


Partner główny
Sponsor główny
Sponsor oficjalny
Sponsor Akademii
Partnerzy