Kapitan Legii Warszawa, Michał Kolenda po operacji jaką przeszedł po minionym sezonie i żmudnej rehabilitacji, nie mógł jeszcze wystąpić w turnieju o Superpuchar Polski. Zawodnik będzie do dyspozycji trenera Heiko Rannuli już przy okazji październikowych spotkań. Kapitan Legii wspierał swoich kolegów z drużyny z ławki, a po wygranej z Zastalem, odebrał okazały puchar dla zdobywcy Superpucharu Polski.
- Szacun dla chłopaków, wykonali naprawdę super robotę przez te dwa dni. Superpuchar Polski stał się takim fajnym sprawdzianem na koniec sezonu przygotowawczego, dla drużyn, które mogą w nim uczestniczyć. Można było zobaczyć elementy, w których funkcjonujemy już dobrze, te które jeszcze musimy dopracować. Na pewno mamy dużo materiału do pracy na przyszłość, bo za rogiem już liga polska i BCL i na pewno będzie z czego wybierać. To także takie fajne udekorowanie pracy, którą się odbyło w okresie przygotowawczym. Gratuluję, super postawa chłopaków i pierwszy Superpuchar Polski w historii klubu, więc to na pewno ma dodatkowy smaczek. (...) Doskonale wiemy, jak ważny jest okres przygotowawczy, choć na pewno nie jest on bardzo przyjemny. Tym turniejem udało się nam postawić fundament. Takie momenty dla nowo zbudowanych drużyn są ważne, by chemię w zespole również budować. Wiadomo, jest teraz chwila, by się pocieszyć, ale wiemy, że jesteśmy dopiero na początku całej przygody w tym sezonie. Teraz możemy pozwolić sobie na chwilkę luzu, ale od wtorku, jak już trener zapowiedział w szatni, wracamy na ziemię. (...) Moja rehabilitacja przebiega bardzo dobrze, wszystko jest zgodnie z planem, który ustaliliśmy ze sztabem medycznym Legii. Wczoraj i dziś miałem okazję przebyć całą rutynę dnia meczowego, czyli poranną rzutówkę i rozgrzewkę przedmeczową. Moje wnioski są takie, że bardzo dobrze się czuję, myślę, że od przyszłego tygodnia będę już normalnie trenował z drużyną i mam nadzieję, że pierwszy występ i powrót na parkiety już za rogiem - powiedział w rozmowie dla Polsatu Sport nasz kapitan.
Całą rozmowę można obejrzeć TUTAJ.
Autor: Marcin Bodziachowski, fot. Marcin Bodziachowski