Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki..
AKCEPTUJĘ

Rok po awansie

Autor: Szymon Wojda Fot. Katarzyna Koźlik, Marcin Bodziachowski, Piotr Koperski, Paweł Kołakowski 2018-05-20 11:00

Dziś mija rok od upragnionego awansu koszykarzy Legii do ekstraklasy. Po czternastu latach posuchy wojskowi mogli rozpocząć przygotowania do gry w Polskiej Ligi Koszykówki. Niestety, sezon 2017/2018 okazał się bardzo wymagający, a ekstraklasowa rzeczywistość brutalnie zweryfikowała legionistów.

Legioniści stosunkowo późno skompletowali kadrę przed sezonem. Jednak na pierwszym treningu 16 sierpnia stawiła się już pełna rotacja z trenerem Piotrem Bakunem na czele. Skład Legii miał być oparty na Polakach, którzy wywalczyli awans i uzupełniony o kilku zagranicznych zawodników. Do drużyny dołączył Jorge Bilbao, Jobi Wall oraz Isaiah Wilkerson. Do początku sezonu pozostało półtora miesiąca, a zespół miał ten czas poświęcić, aby być gotowy  na ekstraklasowe wyzwania.

 

Przed startem rozgrywek wojskowi mieli rozegrać 10 sparingów. Pierwszy z nich mógł nieco napawać optymizmem. Legioniści zmierzyli się z GKS-em Tychy i pewnie wygrali 95:77. - Brakuje nam jeszcze trochę zrozumienia, widać było, że pomysł jest, ale bywamy często spóźnieni, w pewnych momentach nie odcinaliśmy tak jak trzeba było. Wydaje się, że idziemy w dobrą stronę, ale poczekajmy na dalsze gry – powiedział chwilę po spotkaniu trener Piotr Bakun. Koszykarze Legii mieli jeszcze do rozegrania dziewięć sparingów, a po każdym pojawiało się kilka nowych problemów.

 

Zmorą okresu przygotowawczego legionistów były przede wszystkim kontuzje. Najpoważniejszej doznał Jorge Bilbao, który do gry wrócił dopiero w marcu 2018 roku. Wojskowi byli zdziesiątkowani przez urazy i przy skromnej rotacji nie mogli realnie ocenić swoich możliwości na tle ekstraklasowych zespołów. Aż sześć porażek w meczach kontrolnych na pewno osłabiło morale zespołu. Największe problemy legioniści mieli w strefie podkoszowej i to tam przeciwnicy zyskiwali przewagę, często kilkunastopunktową.

Najczęściej w meczach sparingowych pierwsza piątka wyglądała w następujący sposób: Isaiah Wilkerson, Piotr Robak, Grzegorz Kukiełka, Joseph Wall, Mateusz Jarmakowicz. W większości gier kontrolnych najlepiej punktującym zawodnikiem naszego zespołu był nowy nabytek Legii - Joseph Wall. Niestety, wraz z początkiem sezonu miało się okazać, że skrzydłowy stracił formę i długo jej nie odzyskał.

 

 

Początek sezonu był coraz bliżej. Na pierwszy mecz legioniści pojechali do Szczecina gdzie zdecydowanie ulegli Kingowi – 66:86. Porażka na Pomorzu nie ostudziła jednak optymistycznych nastrojów w Warszawie. Hala na Torwarze już czekała na powrót Zielonych Kanonierów. Bilety sprzedawały się coraz lepiej, w mediach pełno było zapowiedzi spotkania z Asseco Gdynia. Kibice Legii spodziewali się pierwszego od czternastu lat koszykarskiego widowiska na najwyższym poziomie. Niestety, pomimo ogłuszającego dopingu swoich kibiców, legioniści musieli uznać wyższość przeciwników. Asseco pokonało Legię 87:76, a na pomeczowej konferencji prasowej już wtedy padło pytanie – czy tak grająca Legia ma szansę utrzymać się w ekstraklasie?

 

Spotkania z Kingiem i Asseco okazały się dopiero początkiem tragicznej serii legionistów. Drużyna, mimo chęci i imponującego charakteru swoich liderów, przegrywała kolejne mecze. Przeciwnicy często dominowali w strefie podkoszowej, gdzie legionistom brakowało centymetrów. Zespół ulegał przez zaburzony kontuzjami okres przygotowawczy słabo wyglądał pod względem kondycyjnym i taktycznym. Nasi koszykarze mieli problem z kreowaniem akcji ofensywnych. Zarówno w ofensywie jak i w defensywie wojskowi sprawiali wrażenie bezradnych i zagubionych, a koszykarski parkiet nie wybaczał błędów. Lekarstwem na problemy miały być transfery. Isaiah Wilkerson, który miał być rozgrywającym, prezentował się bardzo słabo i z czasem stracił miejsce w pierwszej piątce, a podkoszowy Jorge Bilbao dalej był kontuzjowany. Sprowadzono więc dwóch wychowanków amerykańskiej uczelni w  Kansas – środkowego Huntera Mickelsona i rozgrywającego Naadira Tharpe’a. Obaj prezentowali się odrobinę lepiej niż koledzy i wnieśli nieco jakości do zespołu. W dalszym ciągu było to jednak za mało. Wojskowi przegrywali kolejno z Kingiem Szczecin, Asseco Gdynia, BM Slam Stalą Ostrów, Czarnymi Słupsk, Startem Lublin, GTK Gliwice, Anwilem Włocławek oraz Polskim Cukrem Toruń i po ośmiu porażkach zajmowali ostatnie miejsce w tabeli. Zarząd sekcji podjął decyzję, że przyszedł czas na zmiany i 5 listopada 2017 roku Piotr Bakun przestał być trenerem Legii Warszawa.

 

- Po aż ośmiu porażkach potrzebowaliśmy zmian. Mimo, że rozstanie z Piotrem Bakunem nie należało do łatwych – mówił Robert Chabelski, prezes zarządu sekcji koszykówki Legii Warszawa. Trener Bakun spędził w klubie pięć lat, wywalczył awans do I ligi oraz ekstraklasy. Przyszedł jednak czas na coś nowego. Szkoleniowcem Legii został Macedończyk – Tane Spasev. Od tego momentu wiele rzeczy w klubie wyglądało zupełnie inaczej.

 

 

- Zatrudnienie trenera Spaseva było ważnym  momentem. Wprowadził do naszego zespołu sporo nowej jakości i energii, która okazała się niezbędna po słabym początku – powiedział Jarosław Jankowski, przewodniczący rady nadzorczej sekcji koszykówki Legii Warszawa. Macedończyk został zatrudniony na początku przerwy reprezentacyjnej. Miał więc trzy tygodnie, aby poznać zespół i przygotować go do reszty sezonu. Debiut nowego szkoleniowca przypadł na 3 grudnia i starcie z mistrzem Polski – Stelmetem Eneą BC Zielona Góra. Mecz z mistrzem Polski zaczął się obiecująco. Legioniści prowadzili po pierwszej kwarcie i wyglądali bardzo solidnie. Jednak nie wytrzymali tempa, które sami narzucili i z czasem to przeciwnicy zyskali przewagę. Podobny scenariusz miały następne spotkania Legii. Nasi koszykarze wygrywali pierwszą połowę, a następnie oddawali inicjatywę i dopisywali kolejną porażkę do swojego bilansu. Czasem brakowało szczęścia, czasem umiejętności, czasem sytuację wojskowym komplikowali sędziowie, ale koniec końców wynik spotkań długo był dla wojskowych niekorzystny.

 

Pozytywem jaki wprowadził Tane Spasev do drużyny byli nowi zawodnicy. Jeszcze w grudniu w Warszawie wylądował Anthony Beane. Amerykański rzucający okazał się strzałem w dziesiątkę i z miejsca stał się liderem zespołu. To dzięki jego postawie wojskowi mogli walczyć z takimi zespołami jak MKS Dąbrowa Górnicza czy PGE Turów Zgorzelec i byli blisko zwycięstwa w Koszalinie oraz Krośnie. W dalszym ciągu jednak czegoś brakowało. W drużynie jednak było widać poprawę i powszechne poczucie odpowiedzialności. Nowy szkoleniowiec natomiast, powoli wprowadzał swoją filozofię powtarzając słowo, które okazało się kluczowe dla tego sezonu – cierpliwość.

 

 

W obliczu kolejnych porażek dochodziło do kolejnych zmian. Do zespołu dołączył jeszcze amerykański rozgrywający – Chauncey Collins, a także polski skrzydłowy – Michał Kołodziej. Z Warszawy wyjechali natomiast Naadir Tharpe, Mateusz Jarmakowicz oraz Michał Aleksandrowicz. Kibice i krystalizująca się drużyna wyczekiwali zwycięstwa. Przełamanie nadeszło w styczniu.

 

15 stycznia Legia podejmowała Czarnych Słupsk. Drużynę, która borykała się od dłuższego czasu z pozasportowymi problemami. Po pierwszej kwarcie szczelnie wypełniona hala na Bemowie cieszyła się prowadzeniem wojskowych 28:3. Różnica topniała z każdą kwartą, a kwestia zwycięstwa rozstrzygała się do ostatnich sekund. Ostatecznie to legioniści cieszyli się z pierwszego od 14 lat i 16 spotkań zwycięstwa w ekstraklasie. Kilka tygodni po zwycięstwie Czarni Słupsk wycofali się z rozgrywek co oznaczało, że wojskowi zostaną w Energa Basket Lidze na kolejny sezon. W klubie jednak nie było miejsca na samozadowolenie. Zamiast oczekiwać na koniec sezonu, legioniści pod wodzą trenera Spaseva pracowali nad wyjściem z niknącego kryzysu.

 

Legioniści, pomimo przełamania, w dalszym ciągu notowali kolejne porażki. W zdecydowanej większości spotkań to warszawianie wychodzili na prowadzenie, które tracili mniej więcej w końcówce trzeciej kwarty. Przeciwnicy zdobywali przewagę dzięki punktom zdobywanym z ławki. Wojskowi kondycyjnie nie wytrzymywali spotkań. Drugie zwycięstwo przyszło na początku lutego w starciu z GTK w Gliwicach. Niestety blamaże w starciach ze Stelmetem w Pucharze Polski oraz Polskim Cukrem Toruń nie napawały  optymizmem przed końcówką sezonu. Okazało się jednak, że praca na treningach zaczęła przynosić efekty.

 

22 marca Legia pojechała do Zielonej Góry, aby tam zmierzyć się z aktualnym mistrzem Polski – Stelmetem. Ku zaskoczeniu większości obserwatorów podopieczni Tane Spaseva zrobili bardzo dobre wrażenie i ulegli utytułowanym gospodarzom różnicą jedenastu punktów przy czym to legioniści prowadzili przez większość spotkania. Może gdyby zielonogórzanie byli nieco mniej skuteczni z linii rzutów wolnych i trafiliby mniejszą część z aż 45 podyktowanych osobistych, to Legia cieszyłaby się ze zwycięstwa. Mimo porażki był to jednak mecz, który pozwolił zawodnikom uwierzyć w siebie i poprzedził dobrą końcówkę sezonu.

Wracający do składu Jorge Bilbao okazał się bardzo dobrym wzmocnieniem. Z Hiszpanem na boisku wojskowi mieli więcej pewności pod koszem. To poskutkowało trzema wygranymi w przeciągu miesiąca i dwoma bardzo zaciętymi spotkaniami, które kończyły się porażkami. Do poziomu wspomnianego podkoszowego dostosowali się Adam Linowski, Jobi Wall i Chauncey Collins, którzy również zaliczyli skok formy, co w połączeniu z dobrą dyspozycją Anthonyego Beane’a oraz Michała Kołodzieja musiało przynieść efekt.

- Naszym głównym mankamentem było zgranie zespołu. Zwycięstwa przyszły kiedy zaczęliśmy się lepiej rozumieć między sobą oraz kiedy realizowaliśmy założenia taktyczne. Wzięliśmy sobie do serca wskazówki trenera i myślę, że wszyscy na tym zyskaliśmy – powiedział Michał Kołodziej, skrzydłowy Legii Warszawa. Mecze koszykarzy Legii na bemowskiej hali często cieszyły się dobrą frekwencją. Kibice dopingowali swój zespół i pomogli mu wyjść z kryzysu. Wsparcie publiczności docenił m.in. trener Legii – Warszawa zasługuje na koszykówkę na najwyższym poziomie. Zrobimy wszystko, aby dostarczyć kibicom dobrą, koszykarską drużynę w przyszłym sezonie – mówił na jednej z pomeczowych konferencji Tane Spasev.

 

Koszykarska ekstraklasa była upragnioną rzeczywistością Legii. Okazało się jednak, że odnalezienie się w niej nie było łatwe. Można jednak odnaleźć pozytywy w postawie zespołu i działaniach klubu. Dzięki obecności naszego zespołu w Energa Basket Lidze stolica może się cieszyć koszykówką na najwyższym poziomie. Choć rozgrywek w sezonie 2017/2018 nie można zaliczyć do udanych, to postawa niektórych zawodników może cieszyć. Anthony Beane został bezkonkurencyjnie królem strzelców ekstraklasy, a z bardzo dobrej strony pokazali się też Jorge Bilbao, Adam Linowski czy Michał Kołodziej. Wyższa forma wojskowych w końcówce sezonu to też efekt ciężkiej pracy jaką wykonał Tane Spasev. Można mieć nadzieję, że Macedończyk, który niedawno przedłużył kontrakt z klubem, dobrze przygotuje zbudowany przez siebie zespół do nowego sezonu.

 

 

Rok po historycznym awansie do Polskiej Ligi Koszykówki zarząd sekcji pracuje, aby jak najlepiej przygotować się do następnego roku w ekstraklasie i zaprezentować się tak dobrze, jak na Legię Warszawę przystało. 

- To nie był dla nas łatwy rok – powiedział Jarosław Jankowski - Długo nam zajęło, aby odnaleźć się w ekstraklasie. Tak się jednak ostatecznie stało. Wyciągnęliśmy wnioski ze swoich błędów i wprowadzimy je w życie. Wierzę, że w przyszłym sezonie będziemy znacznie silniejsi.



Sponsorzy i partnerzy

Partner główny
Sponsor główny
Sponsor oficjalny
Sponsor
Sponsor Akademii
Partnerzy