Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki..
AKCEPTUJĘ

Historia

POCZĄTKI
Sekcja koszykówki Legii Warszawa zaczęła działalność w 1929 roku. Rok później działalność rozpoczęła sekcja koszykówki kobiet. Pierwsze, debiutanckie spotkanie legijnej drużyny koszykarzy odbyło się 8 grudnia 1929 roku. Legioniści wygrali z Jutrznią 31-5. Już wtedy nasz klub posiadał cztery drużyny koszykarzy. W tym samym roku nasz klub wziął udział w turnieju Ośrodka Wychowania Fizycznego. W zawodach rozegranych 15 grudnia, w których udział wzięło 38 drużyn, Legia w 1/8 finału pokonała Gimnazjum O.O. Marianów Bielany 23-3, a następnie przegrała 6-22 z YMCA.
Koszykarze Legii po raz pierwszy w rozgrywkach ligowych wystartowali w 1930 roku. W klasie B zajęli trzecie miejsce i awansowali do klasy A. Zadecydował o tym dodatkowy mecz z Makabi, który wygrała Legia 39-17. Najlepszymi koszykarzami Legii w tamtym okresie byli Koźmiński i Kunarowski. W 1931 roku w rozgrywkach o mistrzostwo Warszawy, Legia zajęła czwarte miejsce, za Polonią, YMCA i AZS-em. Także rok później koszykarze Legii nie awansowali do rozgrywek ogólnopolskich.

Największe sukcesy koszykarskiej Legii przyszły dopiero po II Wojnie Światowej, kiedy legioniści zdobywali mistrzostwa Polski (7), Puchar Polski (1) oraz z powodzeniem startowali w rozgrywkach europejskich pucharów - Pucharu Europy i w Pucharze Zdobywców Pucharów.



SUKCES NA SPARTAKIADZIE
Po II Wojnie Światowej, sekcja reaktywowała się w 1947 roku, za sprawdą działań m.in. Witolda Serwatowskiego. W naszym zespole występowali wówczas uczniowie Gimnazjum im. Stefana Batorego. Dzięki wygranej w mistrzostwach szkół średnich, nasz klub wywalczył awans do klasy B. W latach 48-49, Legia nieskutecznie rywalizowała o awans do A klasy, zajmując drugie miejsce w rozgrywkach. Awans do najwyższej klasy rozgrywkowej miał miejsce w roku 1951 - nasz zespół został w ten sposób nagrodzony za bardzo dobrą postawę podczas ogólnopolskiej Spartakiady, w której podopieczni Tadeusza Ulatowskiego z powodzeniem rywalizowali z najsilniejszymi drużynami w kraju. Spartakiada rozegrana została na odkrytym boisku przy kortach Legii. Nasz zespół w fazie grupowej zanotował komplet zwycięstw i awansował do finałów. Ostatecznie po dwóch porażkach nasi gracze uplasowali się na miejscu czwartym, do ostatniej minuty meczu z Gwardią (50:56) walcząc o drugą pozycję. Legia grała wówczas w składzie: Lubelski, Żochowski, Kamiński, Golimowski, Szor oraz Majer.

Kilkanaście dni po Spartakiadzie, decyzją Głównego Komitetu Kultury Fizycznej zlikwidowano II ligę koszykówki męskiej, powiększając jednocześnie I ligę z 8 do 11 drużyn. Z I ligi nie spadły dwa ostatnie zespoły poprzedniego sezonu, dołączyły także dwie drużyny, które wywalczyły awans oraz CWKS - "dokooptowanya na podstawie reprezentowanego poziomu".

 

FINALIŚCI PUCHARU POLSKI

W 1952 roku Legia zagrała w finale Pucharu Polski, ostatecznie przegrywając z Gwardią Kraków pod dogrywce. Turniej finałowy rozgrywany był na świeżym powietrzu, 5 października 1952 roku. Legia w półfinale pokonała różnicą jednego punktu Polonię i awansowali do finału. Mecz finałowy rozgrywano w niedzielę i dopiero tego samego dnia Legia poznała swojego rywala. A wszystko za sprawą olbrzymiego zamieszania w końcówce meczu dwóch krakowskich drużyn. "(...) gdy w przepisowym czasie padł wynik 48:48, zaszło przy stoliku sędziowskim nieporozumienie. Otóż w ostatniej sekundzie meczu, przy podanym wyżej wyniku Atłet sfaulował Banasia, który wykonał trafnie rzut wolny i mecz zakończono wynikiem 49:48 dla Ogniwa.
Jednak jak się okazało, przewinienie nastąpiło po dzwonku zegara, a wobec tego już po zakończeniu meczu. Spotkanie zweryfikowano więc po uznanym proteście Gwardii na 48:48 i zarządzono na niedzielę dogrywkę. Do dogrywki drużyna Ogniwa nie stawiła się. Gwardziści wygrali więc walkowerem" - pisał PS. W finale do wyłonienia zwycięzcy również konieczna była dogrywka. Początkowo przeważali wiślacy, których przewaga do przerwy stopniała do 1 punktu. "Z kolei po przerwie inicjatywę przejął CWKS i prowadził prawie aż do końcowego gwizdka. Na krótko przed nim udało się jednak Gwardii wyrównać, a w zarządzonej dogrywce już w pierwszej minucie celny strzał Wójcika zadecydował o zwycięstwie. Szansę wyrównania zaprzepaścił zresztą najlepszy strzelec CWKS - Mayer, który nie wykorzystał w dogrywce dwóch rzutów osobistych. Zwycięstwo Gwardii jest wynikiem lepszej odporności nerwowej i lepszej taktyki w dogrywce. Siły obu drużyn walczących w finałowym spotkaniu były jednak niesłychanie wyrównane. W CWKS oprócz najskuteczniejszego strzelca Mayera, wyróżnić trzeba Kamińskiego i Szora, w Gwardii: Pyjosa, Wężyka i Pacułę" - pisał PS.

Warto dodać, że legioniści mieli szansę by mecz wygrać wcześniej. Przy stanie 33-33, na kilkanaście sekund przed końcem meczu przechwyt zaliczył Szor i nieatakowany przez nikogo nie trafił do kosza z najbliższej odległości. Po niecelnym rzucie Szor sfaulował jednego z rywali, który pewnie wykorzystał oba rzuty wolne.

Tak więc Puchar Polski powędrował w ręce Wisły, a Legia musiała zadowolić się drugim miejscem w turnieju finałowym. To był jednak dopiero początek sukcesów naszego klubu w koszykówce.

PIERWSZE WICEMISTRZOSTWO
Już w pierwszym sezonie w I lidze, Legia zajęła wysokie, trzecie miejsce. Rok później nasi gracze byli o krok od tytułu mistrza Polski. Koszykarze Legii w 1953 roku byli jednym z faworytów rozgrywek ligowych. W turnieju finałowym rozgrywanym w Poznaniu nasz zespół, prowadzony przez Tadeusza Ulatowskiego, wyprzedzili jednak gracze ŁKS-u. Trzeba jednak podkreślić, że trzydniowe zawody rozgrywano w fatalnych warunkach - w hali były tylko 4 stopnie, podłoga była śliska, a na dodatek obiekt był częściowo zaczadzony...  "W hali poznańskiej panowała temperatura zaledwie 4 stopni ciepła, podłoga była śliska, a na dodatek jeszcze w pierwszym dniu zawodów pozostał w sali czad z pieców trocinowych, który przy znacznym wysiłku utrudniał zawodnikom normalny oddech. W tych warunkach nic dziwnego, że ogólny poziom turnieju nie mógł nas zadowolić. Wprawdzie z dnia na dzień drużyny 'aklimatyzowały się' w sali, wprawdzie widzieliśmy szereg zagrań i indywidualnych akcji zawodników na dobrym poziomie, było to jednak za mało jak na tak poważny turniej. Nawet Stal Poznań, która powinna być przyzwyczajona do takich warunków w ogólnym przekroju nie wyszła ponad przeciętność" - pisał Przegląd Sportowy.



Postawa warszawskiej drużyny została wysoko oceniona przez dziennikarzy. "Nie umniejszając sukcesu nowego mistrza Polski, musimy stwierdzić, że bardziej klasową drużyną był CWKS, mający zwłaszcza w meczu ze Spójnią szereg pierwszorzędnych zagrań. Ogólny poziom turnieju nie stał niestety na odpowiednim poziomie, godnym walki o tytuł mistrza Polski - zwłaszcza w pierwszym dniu wszystkie zespoły grały bardzo słabo. Koszykarzy naszych winić za to należy jednak tylko częściowo. Mimo zapewnień organizatorów, nie udało im się ogrzać hali do 12 stopni. W hali było maksimum 4 stopnie ciepła, a w takich warunkach trudno było wiele wymagać od drużyn. Na skutek osiadania pary podłoga stawała się tak śliska, że nie było mowy o normalnym starcie" - pisał PS. Legia srebrny medal MP zdobyła w składzie Kamiński, Bednarowicz, Z. Popławski, Kwapisz, Wilczewski, Jabłoński, Buczak, M. Popławski, Majer, Pudurka.

PIERWSZE MIĘDZYNARODOWE STARCIE
Koszykarze Legii pierwsze międzynarodowe spotkanie rozegrali w niedzielę, 6 września 1953 roku z UDA Praga. Mecz, a właściwie dwumecz, rozegrano w Warszawie z okazji 10. rocznicy powstania Wojska Polskiego na korcie centralnym przy sztucznym oświetleniu. Półtora miesiąca później legioniści zmierzyli się z Lokomotiwem Sofia.
 CWKS i UDA miały rozegrać ze sobą dwa mecze - pierwszy w niedzielę 6 września o godzinie 19:30 na Centralnym Korcie CWKS przy świetle elektrycznym. Drugi mecz zaplanowano na wtorek 8 września, również na 19:30. Skład naszej drużyny na dwumecz z UDA przedstawiał się następująco: Leszek Kamiński, Władysław Buczak, Mirosław Popławski, Jabłoński, Poburka, Ryszard Żochowski, Stefan Majer, Jan Wilczewski, Jędrzej Bednarowicz, Zdzisław Kwapisz, Wiesław Maciejewski, Zdzisław Popławski, Zdobysław Niciński. Oba mecze zakończone zostały wygranymi gości - najpierw 49:36 (28:17), zaś dzień później 41:31 (27:12).
 Podopieczni Tadeusza Ulatowskiego półtora miesiąca później zagrali kolejny mecz międzynarodowy w Warszawie, tym razem z bułgarskim Lokomotiwem Sofia, prowadzonym przez trenera Pawłowa. Ten mecz odbył się po meczu Lokomotiwu z reprezentacją Warszawy, w której również wystąpili legioniści. Przeciwko Legii Bułgarzy wygrali zdecydowanie, różnicą 17 punktów, 61:44 (29:21).

DWA MISTRZOSTWA POD RZĄD
W końcu po trzech medalach mistrzostw Polski (brąz i dwa srebra), w 1956 roku koszykarska Legia wywalczyła pierwsze w swojej historii mistrzostwo Polski. Legia wyprzedziła wówczas o punkt Wisłę Kraków, zaś o dwa Lecha Poznań i AZS Warszawa. W całych rozgrywkach nasza drużyna zaonotowała 14 wygranych i 4 porażki. Najlepszymi strzelcami Legii w tamtym sezonie byli Władysław Pawlak - zdobywca 353 punktów oraz Leszek Kamiński - 242 pkt.



Rok po triumfie w rozgrywkach, koszykarze Legii ponownie wywalczyli mistrzostwo Polski. Wtedy w jednym z ciekawsszych spotkań o miejsca 1-6, do wyłonienia zwycięzcy w meczu Legia - ŁKS, potrzebnych było aż 5 dogrywek! Łódzki Klub Sportowym, występujący wówczas jako Włókniarz Łódź pokonał Legię ostatecznie 77-75. Dla Legii była to jedyna porażka spośród pięciu gier w tej fazie rozgrywek i nasi zawodnicy wywalczyli mistrzostwo Polski. Turniej o miejsca 1-6, którego organizatorem była Polonia, odbywał się w hali stołecznej Gwardii w dniach 2-6 maja 1957 roku.

"Legia Warszawa tytuł mistrzowski zdobyła jak najbardziej zasłużenie, będąc najrówniejszą o niezłych rezerwach drużyną. Przegrała ona tylko jedno spotkanie, po pięciu dogrywkach z ŁKS Łódź. Gratulujemy drużynie wojskowych i jej trenerowi Tadeuszowi Ulatowskiemu zdobycia ponownie zaszczytnego tytułu" - pisał Przegląd Sportowy.

Zanim jednak doszło do turnieju finałowego Legia w grupie A wygrała dwa razy z Lechem 66-65, 67-57, wygrała w Łodzi z ŁKS-em 76-50 i przegrała z łodzianami w Warszawie 60-65, zwyciężyła Gwardię Gdańsk 71-59 i 67-59, AZS Toruń 100-53 i 58-48 oraz wygrała jedno spotkanie z CWKS-em Wrocław 59-48, przegrywając w rewanżu 78-85. Nasz zespół zajął pierwsze miejsce w grupie A.

W turnieju finałowym rozgrywanym na początku maja w Warszawie (hala Gwardii) wzięły udział: Legia, Polonia Warszawa, AZS Warszawa, Wisła Kraków, ŁKS Łódź i Lech Poznań - po trzy najlepsze z grupy A i B. Turniej nie miał zdecydowanego faworyta. "W Warszawie w pojedynkach czołowej szóstki siły są całkowicie wyrównane, nie można tu mówić o którejś z drużyn, że jest faworytem turnieju, choć pewnego rodzaju plusem dla trzech drużyn warszawskich, może być własny teren i publiczność. Elementy te nie powinny jednak odegrać decydującej roli. Decydujące będzie odpowiednie rozłożenie sił na ciężki pięciodniowy turniej, koncentracja psychiczna, umiejętne operowanie rezerwami (trzeba je posiadać) oraz jak to zwykle bywa przy pojedynkach wyrównanych zespołów - pewien łut szczęścia" - pisała prasa przed rozpoczęciem rywalizacji.



W pierwszym meczu koszykarze Legii zmierzyli się z krakowską Wisłą, co było pojedynkiem mistrza z wicemistrzem Polski. Legioniści nadspodziewanie łatwo poradzili sobie z "Białą Gwiazdą". "Legia wygrała pewnie, będąc zdecydowanie pod każdym względem drużyną lepszą, konsekwentnie stosowała obraną taktykę, dobrze grała w defensywie i mądrze rozbijała - słabą zresztą - obronę strefową Wisły (do przerwy, bo w II połowie meczu Wisła grajała już każdy swego). Legia z miejsca obejmuje prowadzenie 2-0, 4-2, 13-6 i w 12 minucie 20-12. Wisła dosłownie stoi w ataku pozycyjnym, w ogóle nie nagrywa do środkowego, a strefa ma liczne dziury. W 17 minucie następuje doskonała seria Kamińskiego (trzy kolejne kosze) i połowa kończy się różnicą 11 punktów przewagi dla Legii. Po zmianie stron Wisła gra już całkiem inaczej, współpracuje na obwodzie, podblokowuje Wawrę, który wreszcie zaczyna grać i strzelać. Gra ożywia się, a wejście Niewodowskiego i Paszkowicza po zejściu za 5 przewinień osobistych Murzynowskiego (28 min.) i Dąbrowskiego (32 min.) daje tej drużynie cały szereg ładnych i przemyślanych akcji. Chociaż Wisła w II połowie była całkowicie równym dla Legii przeciwnikiem (wygrała tę połowę 39-37), to jednak nie potrafiłą nadrobić zasadniczych błędów z pierwszej części meczu. Spotkanie mistrza i wicemistrza Polski zakończy się różnicą 13 punktów dla Legii" - pisał redaktor PS.

Drugiego dnia Legioniści zagrali z Polonią i wygrali różnicą trzech punktów. "Mecz miał sensacyjny przebieg i nikt się nie spodziewał, że Polonia będzie tak groźnym przeciwnikiem dla kandydata na mistrza Polski - Legii. Początkowo Polonia nie ma nic do powiedzenia (25-8 dla Legii), ale od 14 minuty, Legia zaczyna grać bardzo słabo, a Polonii wychodzą wszystkie rzuty. Na minutę przed końcem zawodów Legia prowadzi 48-44. Na 30 sekund przed końcowym gwizdkiem poloniści ze zdenerwowania pudłują pięciokrotnie z dogodnych pozycji, co daje Legii bardzo ciężko wywalczone zwycięstwo" - relacjonował PS.



O wiele trudniejsze, zupełnie niespodziewanie okazało się piątkowe spotkanie z ŁKS-em, zakończone dopiero po pięciu dogrywkach po myśli łodzian. "65 minut trwał ten zacięty bój, z czego przez 28 minut widzowie trzymani byli w największym napięciu, na co złożyły się trzy ostatnie minuty do upływu normalnego czasu i pięć dogrywek. Sprawozdanie trzeba właściwie zacząć od 37 minuty, kiedy to wynik brzmiał 47-43 dla Legii i zdawało się, że nic już nie zdoła przechylić szali zwycięstwa na korzyść łodzian. Tymczasem Pstrokoński przestrzeliwuje kolejno 4 rzuty wolne, a Śmigielski pewnie strzela 44 i 45 punkt dla ŁKS. Na minutę i 6 sekund przed upływem normalnego czasu prowadzi jeszcze Legia dwoma punktami, a na 5 sekund przed końcem meczu Maciejewski dalekim rzutem zdobywa remis 47-47. Tenże zawodnik jest moralnym i fizycznym autorem zwycięstwa swej drużyny. Dwie dogrywki upływają przy trzymaniu przez obie drużyny piłki i tylko 'polowaniu' na pewny rzut. W trzeciej - ŁKS na 1 minutę przed końcem prowadzi nawet 61-56, ale Bednarowicz i Appenheimer ponownie wyrównują na 61-61. Czwarta dogrywka to 4 pkt. Skrzeczkowskiego i dwa kosze Pstrokońskiego i Appenheimera, co znowu daje remis 65-65. Bohaterem piątej dogrywki jest młody Czaplicki - taktycznie faulowany przez legionistów - który zdobywa kosza i 8 punktów z rzutów wolnych; ŁKS stale prowadzi 67-65, 70-67, 72-69, 74-71, 77-73 (to wszystko Czaplicki, plus dwa punkty Dąbrowskiego) i wreszcie ostatni kosz tego emocjonującego widowiska - zdobyty przez Pstrokońskiego - daje końcowy rezultat 77-75 dla ŁKS.
Łodzianie zasługują na pochwałę za wytrzymałość nerwową i konsekwencję w realizacji obranej taktyki końcówek. Doskonale grał 'ojciec' zwycięstwa Maciejewski oraz Skrzeczkowski - pewnie strzelający w końcowych momentach i młody Czaplicki" - pisał Jerzy Groyecki z Przeglądu.

Przedostatni dzień rywalizacji (niedziela) przyniósł niespodziankę - porażkę AZS-u z Wisłą. Legia tymczasem pokonała, "po brzydkim przebiegu spotkanie" Lechem 53-45 (31-28), które rozpoczęło się o godzinie 18. Lech początkowo prowadził paroma punktami, ale w 18 minucie nasz zespół wykorzystał błędy poznaniaków i od stany 24-28 trzy kosze z rzędu zdobył Pawlak, a po chwili jeden dołożył Żochowski i nasz zespół do przerwy prowadził 31-28. Legia nie straciła już prowadzenia do samego końca. W Legii wyróżniono Pawlaka, w drużynie Lecha - Młynarczyka, Blewąskiego i Lewandowskiego.



Decydujące rozstrzygnięcia miały jednak zapaść dopiero po meczach ostatniego dnia. "W wyniku niedzielnych spotkań największe szanse na zdobycie tytuły mistrza Polski mają dwie drużyny: Legia Warszawa i Wisła Kraków, choć zarówno Polonia, jak i AZS nie są całkiem pozbawione szans. O kolejności czterech pierwszych drużyn zadecydują pojedynki AZS - Legia i Polonia - Wisła. Odbędą się one w tej kolejności, a poprzedzi je o g.17 mecz Lech - ŁKS, nie mający wpływu na klasyfikacje pierwszej czwórki. W wypadku zwycięstwa Legii z AZS i Wisły z Polonią, o dwóch pierwszych miejscach między zwycięzcami tych meczów rozstrzygnie lepszy stosunek koszy, zresztą możliwe są tu różne kombinacje" - analizowano na łamach PS.

Ostatecznie Legia wygrała w lidze, dzięki pokonaniu AZS-u 91-73 (40-29). Wicemistrzostwo wywalczyła Polonia, która w ostatniej serii gier niespodziewanie pokonała ŁKS 67-59. Przegląd Sportowy słabo ocenił pracę sędziów Góreckiego i Powałowskiego z Poznania. "Popełnili znowu masę zasadniczych i wiele znaczących błędów" - pisano. W relacji z meczu czytamy: "Zaledwie do 8 minuty stanowił AZS równego partnera dla doskonale w tym dniu usposobionej Legii, która z żelazną konsekwencją wykorzystywała każdy błąd akademików. Legia grała znacznie lepiej, skuteczniej i nie nerwowo, a dyspozycja strzałowa Pawlaka, Bednarowicza i po przerwie Appenheimera (prawie każdy rzut tego zawodnika 'siedział') stale powiększała różnice punktową. AZS nie wytrzymał meczu kondycyjnie i nerwowo (nieoczekiwane faule Grzybowskiego). Dwóch tylko akademików wzniosło się na wyżyny, Nartowski i tym razem Sitkowski".

 

DEBIUT W EUROPEJSKICH PUCHARACH
Koszykarze Legii jako pierwszy polski zespół reprezentowali nasz kraj w rozgrywkach w europejskich pucharach. Drugie z rzędu mistrzostwo Polski w 1957 roku zapewniło naszej drużynie występ w Pucharze Europy rok później. Legioniści już w drugiej rundzie trafili na najlepszą w tamtym czasie ekipę w Europie z Rygi. Wygrana w Warszawie nie pozwoliła na awans do półfinału, ale była olbrzymią niespodzianką dla koszykarskiej Europy. W grudniu 1957 roku kongres FIBA w Monachium zatwierdził zainicjowany przez paryski L'Equipe pierwszy klubowy Puchar Europy. Polskę reprezentował mistrz kraju z 1957 roku, Legia.
Pierwszym rywalem Legii był mało znany fiński Pantterit Helsinki. Niespodziewanie Finowie postawili twarde warunki i byli bliscy wyeliminowania Legii. Nasz zespół pierwszy mecz na wyjeździe przegrał różnicą dwóch punktów. Przy okazji tego spotkania nie brakowało narzekań ze strony legionistów na piłkę Spalding. Ponadto Przegląd Sportowy wskazywał, że jeden sędziów - Strunka ze Szwecji nie sędziował najlepiej. "Wykazał się niedostateczną znajomością przepisów" - podsumowano pracę Szweda na łamach PS. Nagrodę za świetny występ otrzymał natomiast Władysław Pawlak.



"Polacy zagrali dość przeciętnie, tym nie mniej stoczyli wyrównany pojedynek, którego rezultat końcowy zadecydował się w samej końcówce. Polacy prowadzili wprawdzie na około 7 minut przed końcem meczu 4 punktami, nie byli jednak w stanie utrzymać tej przewagi.
Finowie zaimponowali przede wszystkim świetną dyspozycją strzałową. Na ich rzuty z półdystansu z wyskoku, Legia nie umiała znależć skutecznej recepty. Hala sportowa w Helsinkach zapełniła się 4000 publiczności, która żywo reagowała na grę, gdyż spotkanie miało b. emocjonujący przebieg.
W zespole Legii doskonale grał Pawlak (najlepszy zawodnik na boisku), który otrzymał po meczu nagrodę (oryginalny kubek) od Fińskiego Towarzystwa Miłośników Sportu. Towarzystwo to, istniejące od 10 lat przyznaje takie nagrody dla wyróżniających się zawodników w różnych dyscyplinach sportu. Nagroda wręczona Pawlakowi była 716 z kolei kubkiem, przyznany przez to Towarzystwo.

Po meczu koszykarze Legii skarżyli się na bardzo małą i lekką piłkę "Spalding", którą rozegrany był mecz, a do której nie byli absolutnie przyzwyczajeni. W czwartek Polacy grać będą jeszcze towarzyskie spotkanie w Tampere z reprezentacją tego miasta, w niedzielę po południu będą już z powrotem w Warszawie" - relacjonował spotkanie Przegląd Sportowy.
Straty z pierwszego meczu na szczęście udało się odrobić, choć nastąpiło to dopiero w ostatnich dwóch minutach meczu rewanżowego w Warszawie (przy ul. 29 Listopada). Obszerną relację z rewanżowego meczu zamieścił Przegląd Sportowy:

"Rewanżowe spotkanie eliminacyjne (1/8 finału) Pucharu Europy w koszykówce drużyn męskich, rozegrane w niedzielę w Warszawie pomiędzy mistrzem Finlandii Pantterit Helsinki a wicemistrzem polski Legią Warszawa, zakończyło się szczęśliwym i z trudem wywalczonym zwycięstwem drużyny polskiej 71:67 (36:38). Wobec tego, że Legia pierwszy mecz z Finami przegrała w Helsinkach 62:64, a więc 2 punktami, a niedzielne spotkanie wygrała 4 pkt - zakwalifikowała się do ćwierćfinału Pucharu, w którym stoczy dwa pojedynki z mistrzem ZSRR Sportclub Ryga.



Legia może mówić o wielkim szczęściu, które się do niej uśmiechnęło, dając jej w podarunku wystarczające punktowo zwycięstwo na zakwalifikowanie się do następnej rundy Pucharu. Wicemistrz Polski zagrał bowiem słabiutko, jedynie okresami wykazując poprawną grę. Zarówno w ataku pozycyjnym jak i szybkim brak było Legii wykończenia, strzały z półdystansu, zresztą nieliczne, zawodziły, taktyka dość jednostronna szybko została przez Finów rozszyfrowana. Najgorzej wypadł okres między 5 a 12 minutą gry po przerwie, gdy Legia, mając w zapasie aż 12 punktów przewagi, bardzo szybko straciła swój dorobek.

Finowie okazali się zespołem dobrze wyszkolonym technicznie, o świetnym rzucie z półdystansu i opracowanych dwóch zagraniach, na które kilkakrotnie dali się nabrać legioniści. Nie jest to jednak drużyna o jakichś specjalnych walorach, nie reprezentuje nawet w konkurencji klubowej w Europie wysokiej klasy gry.
Mecz miał przebieg b. interesujący. Początkowo prowadził Pantterit nawet 18:9, i dopiero wejście do gry Kamińskiego (za Majera) i Appenheimera (za Pawlaka), przyniosło poprawę w grze Legii, która wyrównała w 12 minucie na 20:20. Od tego momentu wynik stale się wahał jednym lub dwoma punktami, raz dla Legii, raz dla Pantteritu.

Po przerwie, z wyjątkiem pierwszych 5 minut, które dały Legii 12 pkt przewagi (58:46), Finowie byli w stałej przewadze, choć po wyrównaniu na 61:61 nie zdołali uzyskać więcej niż 1 punkt różnicy na swoją korzyść. Na 2 minuty przed końcem meczu stan był remisowy 64:64 i dopiero ostatni desperacki zryw Legii (dwa rzuty Pawlaka spod kosza i jeden Majera z półdystansu) zapewniły Polakom wystarczające punktowo zwycięstwo.

W drużynie gospodarzy zadowolić mogli jedynie Appenheimer, Kamiński i częściowo Bednarowicz (na tej trójce spoczywał w zasadzie cały ciężar gry), natomiast dwa asy Legii Pawlak i Pstrokoński są nadal zupełnie bez formy. W zespole Pantterit wyróżnili się Kuusela, Suviranta i Nuutinen."
W drugiej rundzie, 1/4 finału legioniści trafili na najtrudniejszego przeciwnika, mistrza ZSRR, Sportklub Ryga, w barwach którego występowali najlepsi wówczas koszykarze Starego Kontynentu - Janis Kruminsz (zwany wówczas olbrzymem) i Waldmanis. Warto przypomnieć, że obie drużyny, tyle że towarzysko spotkały się już rok wcześniej. 24 kwietnia 1957 roku zespół z Rygi gościł w Warszawie. Legia była bliska sprawienia niespodzianki w pierwszym pojedynku, przegrywając 63-76. W drugim meczu Łotysze wygrali już wyraźnie 67-46.  W Pucharze Europy w pierwszym meczu zespół z Rygi zapewnił sobie sporą przewagę przed rewanżem. Mimo to drugi mecz w Warszawie cieszył się olbrzymim zainteresowaniem i dlatego rozegrano go w hali Torwaru, nie zaś w salce przy 29 Listopada. Mecz na żywo transmitowała nawet polska telewizja, a końcowy wynik - wygrana Legii została uznana za olbrzymią sensację, nawet mimo sporej zaliczki ekipy z ZSRR.

 

POWRÓT NA TRON

W sezonie 1958/59 legioniści wywalczyli wicemistrzostwo kraju, zaś trzeci tytuł mistrza Polski udało się wywalczyć w roku 1960. Trener Władysław Maleszewski potrafił tak pokierować zespołem, że ten w 22 meczach przegrał tylko 5 meczów - najmniej w lidze. Wygrana w lidze zapewniła Legii możliwość gry w Pucharze Europy. Zespół rozgrywał także wiele innych meczów z zagranicznymi drużynami, w ten sposób szlifując formę na europejskie puchary.
Po ważnej wygranej z Wisłą Kraków w lutym 1960 roku "Express Wieczorny" dał tytuł: "Zieloni Kanonierzy nadal w ataku". Mecz, który miał olbrzymie znaczenie dla zdobycia mistrzostwa Polski to derbowy pojedynek z Polonią na trzy kolejki przed końcem sezonu, wygrany różnicą dwóch punktów przez naszą drużynę. "Zieloni Kanonierzy zwycięsko odparli atak Czarnych Koszul. Po niezwykle dramatycznej walce wygrała Legia 74-72 i w ten sposób zespół ten jest głównym pretendentem do tytułu mistrzowskiego' - pisał 4 marca Express Wieczorny. Warto dodać, że jeszcze 25 sekund przed końcem meczu był remis 72-72. Gdy wszyscy czekali na dogrywkę, Żochowski celnym rzutem zapewnił wygraną Legii, a na parkiet wbiegli kibice, by pogratulować swoim zawodnikom.

Tytuł legioniści zapewnili sobie pokonując Gwardię Wrocław. Tak oto relacjonował sukces Legii Express Wieczorny: "Wielki dzień Zielonych Kanonierów. Natychmiast po zakończeniu niedzielnego spotkania Legia - Gwardia 82-71, tłum kibiców otoczył szczęśliwą '12' Zielonych Kanonierów. Ktoś zaintonował 'sto lat'. Wyściskano ich, wycałowano, a trener W. Maleszewski dziesiątki razy wędrował w górę. Wielki dzień Zielonych Kanonierów. A droga do tytułu nie była łatwa. W ciągu ostatniego tygodnia każde z trzech rozegranych spotkań: z Polonią, Śląskiem i Gwardią decydowało o pierwszeństwie. Legia potrafiła się zmobilizować i dziś możemy jej w imieniu czytelników Expressu złożyć gratulacje".

 

CZWARTY TYTUŁ
Legia po raz kolejny poszła za ciosem i wywalczyła drugie mistrzostwo z rzędu, wygrywając rozgrywki sezonu 1960/61.  Po 9 kolejkach Legia zajmowała wówczas dopiero czwarte miejsce. W rundzie rewanżowej wydawało się, że pomyłka sekretarza meczu Legia - AZS Warszawa, która zadecydowała o 1-punktowej przegranej Legii, wpłynie na to, że Legia nie ma już szans na obronę mistrzowskiego tytułu. Niezwykle ważne było dla Legii pokonanie w rundzie rewanżowej Wisły. "Legia i Wisła bohaterami wielkiego tygodnia koszykarzy. Tak więc o tytule mistrza Polski zadecyduje prawdopodobnie mecz Legia - Wisła w Warszawie. Są to obecnie dwie nasze najlepsze drużyny" - pisał przed meczem "Sport". "Smoki pożarte w stolicy i tandem Legia - Lech znów na czele. W ekstraklasie koszykarzy wszystko wraca powoli do 'starego' porządku. Przede wszystkim Wisła i Śląsk nie zagrażają nareszcie pozycjom przodującego duetu Legia - Lech" - pisał po spotkaniu "Sport".

Niespodziewanie w końcówce rozgrywek Polonia pokonała Wisłę i Legia przy wygranej powyżej 3 pkt. z Lechem, miała prawie pewny tytuł mistrza Polski. Musiała jeszcze wygrać w zaległym spotkaniu z Polonią. "Mecz ten ściągnął do hali Gwardii około 4 tysiące kibiców koszykówki i rozpalił widownię do białości. Mimo dobrej gry Lecha, nasz zespół był nie do pokonania. Cała pierwsza piątka wykazała wspaniałą formę, przy czym Andrzej Pstrokoński wykazał fantastyczną dyspozycję strzałową, zdobywając 43 punkty! Zwycięstwo różnicą 25 punktów dało nam pierwsze miejsce w tabeli, a w konsekwencji utrzymaliśmy tytuł mistrza Polski na rok 1961" - pisano w klubowym sprawozdaniu rocznym. W całym sezonie Legia wygrała 18 meczów i przegrała 4.

"Ciężki nokaut koszykarzy Lecha w finale sezonu. Cała uwaga entuzjastów koszykówki skupiona była w niedzielę na warszawskiej hali Gwardii, gdzie doszło do meczu stanowiącego wydarzenie sezonu: Legia - Lech. Z teoretycznych wyliczeń wyszło rekordowe zwycięstwo 106-81 zespołu trenera Maleszewskiego" - pisał po meczu "Sport".

Wygrana z Lechem znacznie przybliżyła Legię do mistrzowskiego tytułu, ale konieczne były jeszcze dwa punkty w zaległym meczu z Polonią. "Czwarta szarfa koszykarzy Legii. Czwarty tytuł mistrzowski zdobyli koszykarze warszawskiej Legii zwyciężając w ostatnim meczu stołeczną Polonię 75-59" - pisał "Sport". "Wreszcie po długotrwałych bojach poznaliśmy mistrza Polski w koszykówce na rok 1961. Została nim drużyna WKS Legia Warszawa, która w zaległym meczu ekstraklasy pokonała warszawską Polonię 75-59 (40-31). Intronizacja 'Zielonych Kanonierów' przemieniła się w środę 8 marca w hali Legii w spontaniczną owację na cześć koszykarzy i ich trenera Władysława Maleszewskiego. Wiwatom, oklaskom i gratulacjom nie było końca. Przegląd Sportowy przyłącza się do braw dla mistrza Polski 1961 i gratuluje koszykarzom Legii oraz trenerowi W. Maleszewskiemu zdobycia po raz drugi zaszczytnego tytułu. Legia w przekroju rozgrywek ekstraklasy była niewątpliwie najlepszym zespołem ligowym, specjalnie wysoką formę wykazała pod koniec rozgrywek, mimo że miała trudności w postaci połączenia spotkań ekstraklasy z pojedynkami o Puchar Europy" - pisał Przegląd Sportowy 9 marca 1961 roku.



ĆWIERĆFINAŁ PUCHARU EUROPY
Po zdobyciu w 1960 roku mistrzostwa Polski, pod koniec tego roku koszykarze Legii wystartowali w rozgrywkach Pucharu Europy, w którym doszli do ćwierćfinału (już w 1961 roku), eliminując dwóch przeciwników. Nie udało się jednak wywalczyć awansu do najlepszej czwórki na Starym Kontynencie, a na drodze podopiecznych Władysława Maleszewskiego stanął bardzo mocny wówczas CSKA Moskwa. Przypomnijmy, że trzy lata wcześniej nasz zespół zakończył swój udział w rozgrywkach Pucharu Europy na mistrzu ZSRR, Sportklubie Ryga, również w 1/4 finału. Tym razem w pierwszej rundzie legioniści pewnie pokonali mistrza NRF, USC Heidelberg.
W lutym, w 1/8 finału, Legia zagrała ze Spartakiem Sofia w wypełnionej po brzegi hali Gwardii. Mecz rozpoczął się o godzinie 19:00 i obserwowały go ponad 4 tysiące widzów. Wygrana w Warszawie była na tyle wysoka (29 punktów), że właściwie zapewniała zespołowi awans do kolejnej rundy rozgrywek. Podczas meczu w Warszawie ze Spartakiem Sofia uczczono 10-lecie występów w Legii Leszka Kamińskiego i Ryszarda Żochowskiego.
W rywalizacji z CSKA Moskwa przewaga zespołu z ZSRR była aż nadto wyraźna, szczególnie w pierwszym spotkaniu. W Moskwie Legia pokazała się z dobrej strony, do przerwy prowadząc jednym punktem, a ostatecznie ulegając rywalowi ze wschodu różnicą 12 punktów. "To była bardzo mocna drużyna. Wtedy reprezentacja ZSRR - niesamowicie silna - składała się z połowy graczy CSKA Moskwa i połowy zawodników ASK Ryga. Trener Gomelski, który wcześniej prowadził Sportklub Ryga, przeszedł właśnie do CSKA" - wspomina rywalizację z ekipą z ZSRR Andrzej Pstrokoński.

Legioniści w Pucharze Europy: Wichowski 126 pkt., Pstrokoński 99, Pawlak 64, Kamiński 51, Bednarowicz 50, Arent 38, Suski 8, Samorzewski 8, Długosz 5, Frąckiewicz 2, Dobrenko 2.

 

LEGIA KONTRA ALL STARS
4 maja 1964 roku w Hali Gwardii doszło do wyjątkowego meczu koszykarzy Legii z gwiazdami NBA. "All Stars" rozegrali wówczas w Polsce kilka meczów, a największy opór stawili im właśnie legioniści, wsparci jednym graczem Polonii, Piskunem. Legia zagrała wtedy jedną piątką całe zawody, które przy komplecie publiczności przegrała 76-96.
Amerykanie wystawili do gry trzech graczy Boston Celtics: Billa Russella, Bobiego Cousy, K.C. Jonesa, a także Oscara Robertsona i Jerrego Lucasa z Cincinnati Royals oraz Boba Pettita z St. Louis Hawks. Oprócz nich wystąpili oOm Heinsohn i Tom Gola. Dzień po meczu z Legią Amerykanie pokonali w Hali Mirowskiej AZS AWF 94-58, a potem Wisłę w Krakowie 117-70, Śląsk we Wrocławiu 110-68 i Wybrzeże w Gdańsku 117-71.
K.C. Jonesa krył w tym pojedynku Tadeusz Suski, który mówił po latach, że był bardzo trudnym do przejścia zawodnikiem. "Nie wiem jak w tamtym meczu zdobyłem 10 punktów, pewnie po jakichś szybkich atakach, inaczej nie było szans. To był najlepszy obrońca NBA. Warto pamiętać, że my wtedy graliśmy jedną piątką, a Amerykanie grali na 75% swoich możliwości" - wspominał Suski. Legię, podobnie jak później AZS Warszawa, wsparł w tym meczu zawodnik Polonii, Piskun. "Nie mieliśmy wtedy trzeciego wysokiego zawodnika. Wydaje mi się, że Piskun miał zagrać w miejsce Pawlaka. Zresztą my wtedy cały mecz jedną piątką graliśmy, bez żadnych zmian. Na tym meczu pojawiło się na trybunach 5 tysięcy ludzi, chociaż nie było żadnej reklamy, że do niego dojdzie. Gdzieś ktoś napisał o tym w gazecie" - dodaje Suski.

"To były wtedy gwiazdy. Oscar Robertson i Jerry Lucas byli później na Olimpiadzie z USA. Bill Russell już był zawodowcem i na IO nie pojechał, był za to na wcześniejszej Olimpiadzie w Melbourne. Zresztą Russell, który miał 208 cm, miał propozycje, żeby startować w skoku wzwyż. Ale ja jeszcze raz podkreślam, oni ten mecz z nami zagrali na spokojnie. Tam prawie nie było fauli z ich strony, a przecież jak chce się mocno bronić, to nie ma szans, żeby mało faulować. Chociaż rzucić im punkty nawet bez tego było trudno - jak się wyskakiwało na 3 metry, a oni mieli rękę na 4 metrze, to i tak nie się nie dało. Russel miał 206 cm, Lucas 202 cm, Heinsohn i Gola ponad dwa metry, Oscar Robertson 196 cm, ale skakał głową do obręczy" - komplementował graczy NBA Suski.

"Wielkim wydarzeniem w naszym koszykarskim światku są występy na polskich boiskach amerykańskiego zespołu zawodowców. Drużyna ta reprezentuje koszykówkę na najwyższym światowym poziomie. W poniedziałek zobaczyliśmy amerykańskich profesjonałów po raz pierwszy. Spotkanie się oni w warszawskiej Hali Gwardii z Legią. Zwyciężyli Amerykanie 96-76 (41-29). Spotkanie miało charakter towarzyski, a jego największą wartością stał się bogaty materiał obserwacyjny, który w przyszłości będą mogli wykorzystać nasi trenerzy. Zawodnicy Legii na pewno nauczyli się również wiele. Trzeba jeszcze dodać, że w meczu z Legią All Stars nie starali się wcale uzyskać jak największego wyniku punktowego. Ich zadaniem jest pokazać koszykówkę i oczywiście wygrać, lecz niekoniecznie rozgromić przeciwnika. Przy tym wszystkim nie można zapomnieć o słowach pochwały pod adresem gospodarzy. Legia wprawdzie zaskoczona została początkowym szybkim atakiem, lecz później także pokazała szereg ładnych zagrać, dużo ambicji i dzielnie zdobywała punkty z wcale niełatwych sytuacji. Cała drużyna spisała się bardzo dobrze" - pisała o tym wydarzeniu Trybuna Ludu.

 

JEDYNY PUCHAR POLSKI
W 1970 roku koszykarska Legia zdobyła jedyny jak do tej pory, Puchar Polski. Później jeszcze dwukrotnie nasz klub był bliski triumfu w PP (1972 i 81), ale ostatni sukces miał miejsce w maju 1970 roku w Katowicach. Tam bowiem odbył się turniej finałowy, w którym Legia wygrała wszystkie trzy mecze.W Pucharze Polski Legia rozegrała wówczas dziewięć meczów w trzech turniejach i wszystkie zakończyły się jej zwycięstwami. W rozgrywkach Pucharu Polski wystąpiło łącznie 10 zawodników Legii. Dwóch - Dolczewski i Olejniczak - w spotkaniach nie uczestniczyło z powodu kontuzji.
Najtrudniej naszej drużynie grało się w 1/2 finału z Polonią (obrońca trofeum) oraz w finale z Lechem. Triumfator rozgrywek o Puchar Polski miał zapewniony start w rozgrywkach Pucharu Zdobywców Pucharów, co znacznie zwiększyło prestiż tej rywalizacji. "Okazało się, że możliwości koszykarzy Legii znacznie przewyższają to, co demonstrowali podczas mistrzostw Polski i że to utracie kilku pierwszoplanowych zawodników, drużyna odzyskała już równowagę. Nadal największym mankamentem zespołu z Łazienkowskiej jest brak pełnowartościowego środkowego napastnika, bowiem zarówno Tybinkowski, jak i Piltz nie dysponują odpowiednimi warunkami fizycznymi, a przywrócony do łask Kuczyński nadal lekceważy swe zawodnicze obowiązki" - relacjonowała klubowa "Nasza Legia" z 1970 roku.

Turniej finałowy rozegrano w hali Baildonu w Katowicach, w dniach 1-3 maja 1970 roku. "Po zdobyciu mistrzostwa Polski rok wcześniej (1969), to był duży sukces. W lidze w tym sezonie zajęliśmy dalsze miejsce (7.) i sukces w rozgrywkach o PP był niespodziewany. To był sukces wywalczony przez trenera Majera" - powiedział Michał Romanowski, jeden z najmłodszych zawodników grający w tamtym zespole.
"Nasz pucharowy sukces nie był dziełem przypadku. Jest to po prostu rezultat wyjątkowo solidnej pracy treningowej. Tuż po zakończeniu ligi i krótkim odpoczynku wyjechaliśmy do Francji, gdzie rozegraliśmy 7 spotkań z trudnymi przeciwnikami. Po dwóch rundach Pucharu Polski 7 naszych zawodników weszło w skład reprezentacji Warszawy na doroczny turniej międzynarodowy w Sofii. Mecze te pozwoliły tak całemu zespołowi, jak i poszczególnym koszykarzom nabrać wiary we własne siły i znacznie poprawić formę, co przed decydującą rundą pucharowych zmagań bardzo nam się przydało. Do turnieju w Katowicach startowaliśmy w dobrej dyspozycji fizycznej i psychicznej, co pozwoliło nam wyjść obronną ręką i z tego turnieju.
Cieszę się na równi z chłopcami ze zdobycia Pucharu Polski - tym bardziej, iż jest to pierwszy sukces drużyny naszego klubu w tych rozgrywkach. Naszymi najlepszymi zawodnikami w przekroju wszystkich dziewięciu spotkań pucharowych byli Trams i Filipiak, choć oczywiście i pozostałym należą się słowa uznania za ambitną i ofiarną postawę. Najcięższą przeprawę mieliśmy w półfinale ze stołeczną Polonią oraz w finale z Lechem Poznań. Wierzę, że sukces w rozgrywkach o PP zapoczątkuje dobrą passę naszego zespołu" - powiedział trener Legii Stefan Majer, w rozmowie z klubowym wydawnictwem "Nasza Legia".

 

NEAPOL
Problemy Legii rozpoczęły się od wyjazdowego meczu naszego klubu w Pucharze Zdobywców Pucharów z Fidesem Neapol. Legioniści wracający do Warszawy pociągiem, próbowali dorobić, przywożąc do kraju złoto. Pociąg był kilkukrotnie przeszukiwany przez specjalne kontrole, ale najbardziej drobiazgowa miała miejsce już przy Dworcu Warszawa Gdańska. Po znalezieniu złota, zaczęto przesłuchiwać zawodników, a niektórzy z nich mieli bardzo poważne problemy. Aresztowany został jeden z najlepszych zawodników Legii, Włodzimierz Trams, a także Bogusław Piltz. "Wieźliśmy trochę złota. Kupiłem je we Włoszech. Wtedy z handlu się głównie żyło. Kto miał lepsze wyjazdy, a koszykarze je mieli, ten korzystał. Im więcej się wygrywało, tym więcej się wyjeżdżało i więcej zarabiało. Stypendia mieliśmy przecież wtedy minimalne. Wszyscy żyli z wyjazdów. Wtedy była straszna przebitka, na przykład na płaszczu ortalionowym - tu kosztował 1800 złotych, a tam płaciłem 1,2 czy 1,5 dolara. To samo dżinsy. Sprzedawaliśmy po 1500, 1600. Szły jak woda. Wszyscy handlowali. Kto tylko wyjeżdżał, dorabiał sobie. To był bodziec do lepszej gry, do zdobywania mistrzostwa. W tym pociągu służby miały zainstalowany podsłuch. Ten, który był w Warsie nadał na nas do celników, a było już po odprawie. Przyszli jeszcze raz nas skontrolować. Młodsi z drużyny schowali mi to złoto. Ja spałem. Celnik znał nasz sposób. Odkręcił lampę i znalazł. 'Czyje to?' - pyta. Ja mówię: 'nie wiem', ale inni wskazali na mnie. Musiałem się przyznać - od razu areszt zastosowano. Wyrok dostałem 5 lat. Po trzech latach i pięciu miesiącach zostałem zwolniony warunkowo. Na jeden dzień przed amnestią. Wyszedłem w sobotę 20 lipca 1974 roku" - opowiadał po latach Trams.
Legia w ten sposób straciła ze składu dwóch ważnych zawodników - Tramsa i Piltza, a do tego oddała do Wybrzeża Gdańsk Jurkiewicza. Efekty przyszły bardzo szybko - już w pierwszym sezonie po aferze z przemytem złota, legioniści zajęli 9., spadkowe miejsce w I lidze.

 

SPADKI I AWANSE
W latach siedemdziesiątych Legia dwukrotnie musiała opuścić szeregi I ligi, mimo że występowało w niej wielu reprezentantów kraju, między innymi: Jacek Dolczewski, Grzegorz Korcz, Waldemar Kozak i Tomasz Tybinkowski. Trenerzy Andrzej Pstrokoński i Władysław Pawlak mieli duże kłopoty kadrowe i wychowawcze - nie udało im się odbudować dawnej potęgi Legii. W 1978 roku koszykarze Legii ponownie awansowali do ekstraklasy. Mając takich zawodników jak Zygmunt Prokop, Zdzisław Raczek, Jan Kwasiborski, Paweł Lewandowski, podjęli walkę o odzyskanie pozycji "Zielonych Kanonierów" wśród najlepszych w kraju. W 1981 roku, pod wodzą Stefana Majera drużyna awansowała do finału Pucharu Polski, w którym uległa Pogoni Szczecin. W tym czasie w Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie brał udział wychowanek sekcji Marcin Michalski.

Po zakończeniu sezonu 1981/82 ponownie nastąpiła zmiana szkoleniowca. Zasłużonego dla klubu Stefana Majera zastąpił były zawodnik - Adam Wielgosz, który prowadził drużynę przez kolejne dwa sezony. Następnie zespół przejął Ryszard Pietruszak, pracujący do tej pory z młodzieżą. Pojawiły się jednak problemy w związku z tym, iż po zakończeniu służby wojskowej drużynę opuścili: Andrzej Suda, Leszek Rozwadowski i Jarosław Marcinkowski. Karierę zakończył także superstrzelec Jan Kwasiborski, a do Francji wyjechał Zygmunt Prokop.

Mimo, że w drużynie występowali klasowi zawodnicy, tacy jak Jerzy Podgórski, Krzysztof Ogrodowczyk i Marcin Michalski oraz "młoda gwardia": Piotr Pawlak (syn trenera W. Pawlaka), Marek Sobczyński, Jacek Łączyński oraz Ryszard Łukasiewicz, Legia w sezonie 1985/86 zajęła ostatnią lokatę i spadła do II ligi. W tym czasie klub opuścił jego wychowanek - Marek Sobczyński, przechodząc do Wisły Kraków. Budowanie nowego zespołu powierzono Janowi Kwasiborskiemu. Sukces przyszedł bardzo szybko - zespół znów powrócił do ekstraklasy. Składający się głównie z wychowanków (P. Pawlak, K. Ogrodowczyk, R. Chabelski, M. Bielecki i J. Łączyński) oraz graczy odbywających służbę wojskową (W. Puc, A. Baron, J. Dubicki) miał za zadanie utrzymać się w lidze, co też uczynił.

 



W latach 1988-90 trenerem był Marek Jabłoński. W sezonie 1988/89 zespół zajął piąte miejsce (najwyższe od lat) i wydawało się, że już w najbliższym czasie będzie walczył o czołowe lokaty. Niestety, kłopoty finansowe spowodowały, że zawodnicy: Puc, Baron, Dębicki nie mogli zostać w Legii po zakończeniu służby wojskowej. Kolejne zmiany kadrowe oraz przyjście do zespołu Wojciecha Królika i Piotra Królikowskiego nie wystarczyły na walkę o medale w lidze. W 1990 roku ponownie trenerem został Adam Wielgosz. Postawiony przed nim cel - utrzymanie się w I lidze - nie został jednak osiągnięty. Sobczyński i Łączyński należeli do najlepszych strzelców w lidze, a zespół zasilił były wielokrotny reprezentant ZSRR, mistrz olimpijski - Aleksander Salnikow. Mimo to drużyna spadła do II ligi. Do sezonu 1991/92 zespół przygotowywał już Aleksander Salnikow. Włączył do drużyny graczy zza wschodniej granicy: Olega Połosina i Michaiła Diaczenkę - mieli oni być gwarancją szybkiego powrotu do I ligi. W meczach przedsezonowych drużyna wygrywała większość spotkań kontrolnych i pucharowych z pierwszoligowcami. Życie jednak zweryfikowało plany i zespół musiał toczyć ciężką walkę o drugoligową pozycję. Po tym sezonie opiekę trenerską powierzono ponownie Janowi Kwasiborskiemu. Mimo odejścia Połosina, Diaczenki, Białczewskiego i Molskiego zespół, w którym pozostało trzech rutynowanych zawodników (Sobczyński, Chabelski, Bielecki) oraz grupa utalentowanej młodzieży, otarł się prawie o I ligę, tocząc dramatyczne boje z MKS MOS Pruszków (który po dwóch sezonach już jako Mazowszanka zdobył tytuł mistrza Polski). Opuszczenie sekcji przez Sobczyńskiego, Wieczorka, Głowackiego i Exnera oraz zakończenie kariery przez Chabelskiego i Kieleckiego spowodowało, że drużyna mogła walczyć tylko o przetrwanie w II lidze. W sezonie 1995/96 zajęła ostatnie miejsce i spadła do III ligi. Banicja nie trwała tym razem długo, bowiem już w kolejnych rozgrywkach legioniści zajęli drugie miejsce i wrócili do II ligi, w której rywalizowali przez trzy kolejne sezony.

 

MISTRZOSTWO POLSKI JUNIORÓW
W 1999 roku koszykarze Legii po raz ostatni zdobyli tytuł mistrza Polski w kategorii juniorów. Legia przez rozgrywki regionalne przeszła jak burza, przegrywając jedynie ostatnie spotkanie - u siebie z Polonią. W półfinałach i finałach nasz zespół nie miał sobie równych. W finałowym meczu podopieczni Jacka Łączyńskiego pokonali gospodarzy finałów Unię Tarnów 66-42.
Spora część tego zespołu dwa lata wcześniej zdobyła wicemistrzostwo Polski w kategorii kadetów. Wtedy w finale turnieju finałowego w Jarosławiu Legia przegrała po dogrywce z Unią Tarnów różnicą jednego punktu. Tym razem legioniści zrewanżowali się z nawiązką.
Do drużyny kadetów dołączył we wrześniu Michał Polanowski z Konina, a rok wcześniej z Lublina do Legii przyszedł Robert Żuk. "Już na pierwszym treningu w tym sezonie powiedziałem, że interesuje mnie tylko złoto" - mówił w 1999 roku Jacek Łączyński. "Niezmiernie cieszę się z faktu, że udało mi się dopiąć celu. Jako zawodnik i jako trener zawsze stawiałem sobie najwyższe cele" - przekonywał.
Już wtedy kilku przyszłych mistrzów Polski juniorów trenowało głównie z pierwszym zespołem. Tak było w przypadku Macieja Adamskiego i Roberta Trojanowskiego. Robert Żuk tymczasem, podstawowy zawodnik Legii, po rocznej przerwie spowodowanej kontuzją wrócił do gry dopiero na turniej finałowy w Tarnowie i był tam trzecim strzelcem naszej drużyny.
W Tarnowie Legia wygrała wszystkie trzy spotkania fazy grupowej - różnicą minimum 10 punktów. W półfinale Instal Białystok sprawiał Legii problemy tylko do przerwy (+2), ale ostatecznie przegrał różnicą 20 "oczek". W finale Unia nie nawiązała walki ze zdecydowanie najlepszą drużyną w kraju. Legia zwyciężyła 66-42 i udanie zrewanżowała się "Jaskółkom" za porażkę w Jarosławiu. Najlepszym zawodnikiem Legii w turnieju finałowym uznano Michała Polanowskiego. Trener wyróżniał przede wszystkim Marcina Grzeszczaka, jako najlepszego defensora drużyny.
"Wszyscy zawodnicy pierwszej piątki mistrzowskiej drużyny powinni raczej grać już w II-ligowych klubach. Najlepiej byłoby, gdyby była to właśnie Legia. Jeżeli będą siedzieć na ławce, to te talenty zostaną zmarnowane. Myślę, że w tym roku nie grali tyle, ile powinni, choćby w porównaniu z poprzednim sezonem. Nie zawsze jednak była taka możliwość. W kolejnym sezonie myślę, że panowie Jabłoński i Chabelski dadzą im szansę i młodsi będą napierać na starszych, walczyć o miejsce w składzie" - mówił na łamach Naszej Legii Jacek Łączyński.
"Każdy robił to, co do niego należało i to musiało dać wyniki. Trójki Adamskiego [ponad 5 na mecz], asysty Trojanowskiego, atak Polanowskiego, zbiórki Żuka i krycie Grzeszczaka. Ten zespół się uzupełniał i nie było w nim praktycznie słabych punktów. Patrząc z pewnej perspektywy na to, co robili w tych wszystkich meczach, sukces nie powinien dziwić. Mówię tu o pierwszej piątce, ale zmiennicy zagrali też to, czego po nich się spodziewałem. Grali wszyscy i muszę przyznać, że nie bałem się puszczać na boisko nikogo z nich. Nigdy mnie nie zawiedli" - mówił NL popularny "Łączka".

Z tamtej ekipy w pierwszym zespole Legii, w oficjalnych meczach, grali później Trojanowski, Polanowski, Żuk, Błaszczyk i Paprocki.

 

POWRÓT DO EKSTRAKLASY
W sezonie 1999/2000 koszykarze Legii wywalczyli awans do ekstraklasy. Po sezonie zasadniczym, legioniści prowadzeni przez Marka Jabłońskiego i Roberta Chabelskiego przystąpili do play-off. Ostatnim rywalem było zaprzyjaźnione Zagłębie Sosnowiec. Sosnowiczanie wygrali pierwszy mecz, przed własną publicznością. W dwóch kolejnych, na Bemowie, górą była Legia i to nasz zespół hucznie świętował awans.

Pierwsze spotkanie finałowe rozegrano w Sosnowcu. Zdecydowanie lepiej zaczęli je gospodarze, którzy wyszli na prowadzenie 11-2, a później 16-7, świetnie trafiając za 3 punkty. Wtedy sygnał do ataków dał Jacek Rybczyński, dzięki czemu Legia zmniejszyła straty. W pewnym momencie sędziowie nie uznali trzech punktów dla Zagłębia, zdobytych przez Walczuka, uznając że rzut nastąpił po upływie 30 sekund (wtedy tyle mogła trwać akcja). Po interwencji komisarza zawodów, punkty zostały zaliczone. Przed przerwą (nie było wtedy jeszcze podziału meczu na kwarty) sosnowiczanie wyszli na prowadzenie 30-20, ale ostatnie minuty I połowy należały do Legii i do przerwy Legia przegrywała tylko 34-35.

Legia po raz pierwszy wyszła na prowadzenie tuż po przerwie, po celnym rzucie Reafsnydera. Najwyżej nasz zespół prowadził 41-37 w 23. minucie meczu. Zagłębie grało jednak coraz lepiej i Legia po raz ostatni prowadziła w tym meczu w 31. minucie gry: 49-48. Później prowadzeni przez Kevina Turnera sosnowiczanie wyraźnie przeważali i zwyciężyli nadspodziewanie pewnie - aż 78-62. Dla Legii była to pierwsza porażka po 17 wygranych z rzędu. Zagłębie natomiast pozostało niepokonane we własnej hali, chociaż na wyjazdach zdarzało się im przegrywać, jak choćby w pierwszym meczu półfinałowym z Albą Chorzów (-8). Zagłębie zdołało upilnować czołowych zawodników Legii - Rosparę i Reafsnydera i to z pewnością było kluczem do sukcesu.
Decydujące spotkania miały się odbyć w hali Legii na Bemowie. Pierwsze z nich zaplanowano na sobotę, 15 kwietnia. W przypadku porażki Legii, awans wywalczyłoby Zagłębie. Na szczęście legioniści wykorzystali przewagę własnego parkietu i publiczności i po raz pierwszy w sezonie pokonali Zagłębie (sosnowiczanie wygrali oba mecze w sezonie zasadniczym). Po dobrym początku w wykonaniu Legii, goście zaczęli odrabiać straty i doszli nasz zespół na 1 punkt. Końcówka pierwszej połowy za sprawą Rybczyńskiego, Rospary i Reafsnydera należała do Legii, która do przerwy prowadziła 41-34. Legioniści świetnie zaczęli drugą połowę meczu, po 25 minutach prowadząc już 52-37. Zagłębie grało falami - zdobywało kilka punktów z rzędu, by później oddawać inicjatywę gospodarzom. Już na 6 minut przed końcem meczu, wszystko było jasne. Legia prowadziła 62-48 i bez większych problemów pokonało sosnowiczan 85-69.
Decydujące spotkanie rozegrano dzień później, w niedzielę na Bemowie. I tym razem Legia zwyciężyła. Pełna hala (nawet nadkomplet - część osób wpuszczono do hali w przerwie), gorący doping kibiców, którym przygrywała orkiestra z Krytej oraz walka na całego przez 40 minut spotkania - to wszystko zostanie w pamięci warszawskich i sosnowieckich kibiców na lata. W decydującym pojedynku Legia zaczęła w składzie takim samym jak w sobotę: Daniel Stec, Michał Exner, Jacek Rybczyński, J.B. Reafsnyder, Tomasz Rospara. Tylko w pierwszym meczu w Sosnowcu wyjściowa piątka różniła się minimalnie - wtedy miejsce Steca (rozgrywający) zajął Andrzej Wojdak.

Co prawda lepiej spotkanie rozpoczęli goście (prowadzenie 11-5), ale 10 kolejnych punktów wyprowadziło nasz zespół na prowadzenie, którego legioniści nie oddali już do końca. Świetnie grał Andrzej Wojdak, Reafsnyder i Wojciech Królik, który trafił w tym meczu jedną trójkę z ósmego metra. W zespole Zagłębia, najskuteczniejszy we wcześniejszych spotkaniach Turner szybko złapał 4 przewinienia i musiał usiąść na ławce. Do przerwy Legia prowadziła 37-31 i tak naprawdę wszystko było jeszcze możliwe. Świetny początek drugiej połowy w wykonaniu naszego zespołu sprawił, że sosnowiczanie mogli zapomnieć o awansie. Do końca meczu Legia prowadziła różnicą przynajmniej 15 punktów, ostatecznie zwyciężając 69-55.

Tego co działo się po końcowej syrenie, trudno opisać słowami. Kibice wbiegli na parkiet, rozsuwając bandy z logo Królewskiego - wówczas sponsora drużyny. Zawodnicy szybko pozbyli się koszulek, a trenerzy raz po raz byli podrzucani przez tłum kibiców. Szampan lał się strumieniami, a następnie dokonano tradycyjnych czynności - obcięcia krawata pierwszego trenera, Marka Jabłońskiego oraz obcięcia siatki z kosza. Legia w końcu wróciła na należne jej miejsce - po kilku latach tułaczki po niższych klasach rozgrywkowych (zaczynali od III ligi), wywalczyła upragniony awans do ekstraklasy.

Awans wywalczyli: Tomasz Rospara (29 meczów*), Jacek Rybczyński (39), Joseph Bernard 'J.B.' Reafsnyder (USA, 20 meczów), Michał Exner (32), Daniel Stec (35), Wojciech Królik (33), Piotr Miś (29), Robert Żuk (27), Andrzej Wojdak (38), Kamil Sulima (15), Tomasz Górski (10), Robert Trojanowski (9), Rafał Mróz (8), Andrzej Szymoński (4), Bartłomiej Błaszczyk (2), Momo Potpara (Serbia, 28 meczów)
trenerzy: Marek Jabłoński (I trener), Robert Chabelski (as.)
prezes: Włodzimierz Nowak

 

BLISKO STREFY MEDALOWEJ
W ekstraklasie Legia rozegrała tylko trzy sezony. W pierwszym broniła się przed spadkiem, w drugim zaś awansowała do play-off, gdzie w pierwszej rundzie zmierzyła się z Prokomem Treflem Sopot, przegrywając ostatecznie po bardzo zaciętej rywalizacji 3:2. To zresztą ostatni tak dobry sezon koszykarzy naszej Legii w ekstraklasie. Kolejny zakończył się degradacją do I ligi. W sezonie 2001/02 legioniści jedyny raz w XXI wieku awansowali do play-off. Sukces udało się osiągnąć dzięki wygranym w dwóch ostatnich meczach rundy zasadniczej - ze Spójnią Stargard Szczeciński i w ostatnim meczu sezonu zasadniczego z Czarnymi Słupsk. Oba mecze rozegrano w hali przy Obrońców Tobruku. W obecności 400 widzów Legia pewnie zwyciężyła Czarnych 76-61, grając bez podstawowych zawodników Lee Wilsona i Łukasza Kwiatkowskiego. Dzień wcześniej Spójnia przegrała jeszcze wyżej 72-96.
"Oczywiście faworytem w play-off będzie Prokom. Gdy się spojrzy na ich skład od razu widać faworyta. Z pewnością się jednak nie poddamy. Według mnie, przed spotkaniem każda drużyna ma 50% szans na zwycięstwo. Jak daleko możemy zajść? Tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Teraz interesuje mnie tylko mecz, który rozegramy za tydzień" - mówił po wywalczeniu awansu do play-off trener Legii, Jacek Gembal.
Tylko drugi mecz z Prokomem był wyraźnie zdominowany przez jedną z drużyn. W pierwszym Prokom pokonał Legię po bardzo zaciętym spotkaniu 78-70, by dzień później rozbić nasz zespół 115-69. Najlepszy strzelec drużyny, Marcus Williams zdobył wówczas zaledwie 6 punktów. Zresztą cała drużyna Legii, poza Tomaszem Cielebąkiem, zawiodła na całej linii. Tydzień później Legia pokazała jednak klasę i ku zaskoczeniu wszystkich, wyrównała stan rywalizacji!

20 kwietnia 2002 roku legioniści pokonali Prokom 87-75, a najskuteczniejszym graczem naszej drużyny był wówczas Wojciech Majchrzak, zdobywca 24 punktów. Prokom zagrał co prawda bez Michaela Ansleya, Joe McNaulla i Josipa Vrankovicia, ale i tak dysponował lepszą kadrą od Legii. O wiele bardziej zacięty pojedynek miał miejsce dzień później, także na Bemowie.
W obecności 600 fanów, Legia zwyciężyła 71-65. "Pycha została ukarana" - powiedział po meczu Jacek Gembal. Prokom po I kwarcie prowadził już 11 punktami, ale legioniści skrupulatnie odrabiali straty i w końcu wyszli na prowadzenie, na przerwę schodząc przy prowadzeniu 46-35. Świetne spotkanie rozgrywał wówczas Lee Wilson, który nie tylko świetnie spisywał się na tablicach, ale także efektownymi wsadami kończył akcje Legii. W czwartym meczu z Prokomem zdobył aż 18 punktów.

W II połowie, nasz zespół dopingowali już dokładnie wszyscy obecni na meczu. Bez wyjątków. Legia uważnie grała do końca meczu i nie straciła prowadzenia na moment. Prokom stać było jedynie na zmniejszenie przewagi Legii do czterech punktów na 39 sekund przed końcową syreną. Po wygranym meczu uradowani kibice Legii wbiegli na parkiet, świętować z drużyną przedłużenie szans na awans do półfinałów mistrzostw Polski. Walka o medale była na wyciągnięcie ręki... trzeba było tylko wygrać z Prokomem ostatnie, piąte spotkanie.
Legia w decydującym meczu przegrała, ale dość długo była zespołem lepszym. Szybko sędzia wyrzucił z boiska chorwackiego rozgrywającego Prokomu, Igora Milicicia, a Legia po 16 minutach prowadziła 33-24. Nasza drużyna prowadzenie straciła dokładnie w ostatniej sekundzie pierwszej połowy. Słabo dysponowany rzutowo był niestety tego dnia Wojciech Majchrzak, a rzadko na rzuty decydował się Marcus Williams, który większość punktów zdobył po bezbłędnie wykonywanych rzutach osobistych (11/11). Legia przegrała ostatecznie 72-82, ale na pewno nie sprawiła zawodu. Wręcz przeciwnie, napędziła stracha pewnym siebie sopocianom.
"Dla niemal wszystkich moich graczy awans do półfinału byłby życiowym sukcesem. W takich meczach jak ten, rzuty, które spudłowaliśmy trzeba po prostu trafiać. Zdecydowały nasze przestrzelone rzuty spod kosza i brak konsekwencji taktycznej. Ale zawodu chyba nie sprawiliśmy. Zagraliśmy w tej rywalizacji cztery dobre mecze, nie udało nam się tylko drugie spotkanie" - powiedział po piątym spotkaniu Jacek Gembal.

Ostatecznie Legia grała o miejsca 5-8 ze Spójnią i ekipą z Pruszkowa, występującą wówczas pod nazwą "Blachy Pruszyński". Choć trener Gembal uważał, a wtórowali mu pozostali szkoleniowcy, że rozgrywanie meczów o nic, nie ma sensu, PLK nie zmienił decyzji. I tak Legia zajęła siódme miejsce na koniec sezonu, choć była bardzo bliska walki o medale. Dziś niestety tamte wyniki możemy jedynie wspominać z sentymentem.

Kadra koszykarskiej Legii w sezonie 2001/02: Kenroy Jarrett, Tomas Pacesas, Arnas Kazlauskas, Łukasz Kwiatkowski, Tomasz Cielebąk, Gintaras Stulga, Wojciech Żurawski, Wojciech Majchrzak, Marcus Williams, Lee Wilson, Andrzej Sinielnikow, Wojciech Królik, Piotr Paprocki, Robert Żuk, Aleksy Karwanien, Darius Beard, Kamil Kozłowski, Bartłomiej Błaszczyk, Marcin Grzeszczak.

trenerzy: Jacek Gembal, Robert Chabelski

 



Niektórzy z wymienionych zawodników tak naprawdę grali w Legii okazjonalnie. Na przykład Darius Beard w Warszawie przebywał jedynie przez tydzień i zagrał krótko w meczu ze Śląskiem Wrocław, ale po słabszym występie Legia z niego zrezygnowała. Kenroy Jarrett (wcześniej LMT Ryga) i Tomas Pacesas (przyszedł z Urala-Great Perm, odszedł z Legii do Śląska) występowali w Legii tylko w pierwszej części sezonu (Jarret i Pacesas tylko do połowy listopada), natomiast Marcus Williams (wcześniej Stal Ostrów Wlkp.), Lee Wilson (przyszedł do Legii w styczniu 2002 roku z Bayeru Leverkusen) i Aleksiej Karwanien (trafił do Legii w II połowie listopada 2001) zostali sprowadzeni w trakcie sezonu. Pod koniec sezonu pojedyncze szanse dostawali młodzi: Paprocki, Kozłowski (debiutował w wyniku urazu Wojciecha Królika) i Błaszczyk. Przed sezonem Legia testowała wielu graczy, odsyłając do domu m.in. Angelo Flandersa, Konstantina Furmana, Bena Bauma, Ireneusza Chromicza i nie dochodząc do porozumienia z Dubravko Zemlijcem i Przemysławem Hajnszem. Kamil Sulima, który był zawodnikiem Legii, występował w tamtym sezonie na zasadzie wypożyczenia w AZS-ie Lublin. Marcin Grzeszczak tymczasem nie zagrał w żadnym meczu sezonu.

 

SPADEK Z EKSTRAKLASY

Niestety w sezonie 2002/03 Legia zamiast pójść za ciosem, zakończyła na długie lata swoją przygodę z ekstraklasą. Wszystko za sprawą poważnych problemów finansowych klubu, który nie był w stanie wypłacić zawodnikom kontraktowych zobowiązań. Z klubu odeszło większość koszykarzy, a Legia kończyła sezon juniorami. Młodzieżowcy nie byli w stanie uratować ekstraklasy dla Legii. W kolejnych rozgrywkach Legia, po wielu perturbacjach, ostatecznie zagrała w I lidze z bardzo mocnym skladem, który powinien powalczyć o powrót do krajowej elity. Niestety legioniści spisywali się poniżej oczekiwań - do play-off awansowali z ósmego miejsca i już w pierwszej rundzie play-off trafili na Turów Zgorzelec, z którym przegrali 0:3.

Warszawiacy cały czas borykali się z problemami finansowymi, czego efektem było niezgłoszenie drużyny do rozgrywek I ligi. Sezon 2003/04 Legia spędziła w lidze II, a i na tym szczeblu musiała bronić się przed spadkiem. O uniknięcie degradacji na samo dno, przyszło nam walczyć z Doralem Nysą Kłodzko. Dzięki wygranym 87:83 w Kłodzku i 89:70 w Warszawie, podopieczni Roberta Chabelskiego utrzymali się w II lidze. W kolejnych rozgrywkach Legia z bilansem 14-16 uplasowała się na 10. miejscu w II lidze. W końcu w sezonie 2006/07 celem klubu był awans na zaplecze ekstraklasy, a miało w tym pomóc znaczne wzmocnienie drużyny. Ostatecznie legioniści zakończyli sezon na miejscu trzecim, a wobec braku fazy play-off w tamtych rozgrywkach, nie udało się wywalczyć awansu.

W sezonie 2007/08 Legia znów musiała bronić się przed spadkiem - utrzymanie udało się zapewnić dopiero na kolejkę przed końcem rozgrywek. W kolejnych rozgrywkach nie było już tak różowo - nasz zespół po raz kolejny walczył o utrzymanie, ale tym razem zabrakło do niego jednego punktu. Ostatecznie sezon 2009/10 Legia mimo wszystko rozegrała w II lidze, ale nie był on zbyt udany. Legioniści z 8. zwycięstwami i aż 22. porażkami zajęli 14., ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli. Zarządzający koszykarską Legią - Paweł Gmoch oraz Waldemar Kijanowski po sezonie uznali, że łożenie dalszych środków finansowych w Legię nie ma sensu i nie zgłosili drużyny do rozgrywek II ligi.

 

ODBUDOWA KLUBU OD III LIGI

Szybko zareagowali sympatycy Legii, którym los utytułowanego klubu nie był obojętny. W ekspresowym tempie założone zostało Stowarzyszenie "Zieloni Kanonierzy", które zgłosiło zespół do rozgrywek III ligi (najniższa klasa rozgrywkowa). Legia bez problemów wygrała rozgrywki na Mazowszu, ale w drugim etapie rozgrywek - rywalizacji strefowej, nasza drużyna uplasowała się za Biatransem Białystok i Rosą Sport Radom i nie wywalczyła awansu do turnieju półfinałowego o awans do II ligi.

Ten cel udało się zrealizować rok później. Również tym razem Legia wygrała rozgrywki na Mazowszu, co zapewniło jej bezpośredni awans do turniejów ogólnopolskich. W półfinałach rozegranych na Bemowie, nasz zespół pewnie pokonał Noteć 2020 Inowrocław, a następnie po dramatycznym spotkaniu z Basketem Piła zwyciężył różnicą jednego punktu. Nawet porażka 75:81 z UKS-em Kielno nie była w stanie pozbawić nas awansu do turnieju finałowego. Ten, podobnie jak turniej półfinałowy, zorganizowany został na Bemowie, zaś Legia osiągnęła w nim komplet zwycięstw, pokonując kolejno GTK Gdynia 84:73, UKS Kielno 89:64 oraz Basket Junior Poznań 73:67. Po dwóch latach nasz zespół znów awansował do II ligi.

 

PO 4. LATACH DO I LIGI
Sezon 2012/13 rozpoczął się dla Legii bardzo źle. Prowadzeni przez nowego szkoleniowca, Piotra Bakuna, legioniści przegrali pierwsze cztery mecze ligowe, dodatkowo odpadając z rozgrywek Pucharu Polski. Po tak słabym początku sezonu mało kto spodziewał się, że Legia jeszcze w tych samych rozgrywkach powalczy o awans do I ligi. Tymczasem dzięki świetnej końcówce sezonu zasadniczego, Legia uplasowała się na 3. miejscu przed play-off. W I rundzie nasz zespół pokonał 2-1 AZS Politechnikę Rzeszowską, w półfinale zwyciężyliśmy 2-0 KS Piaseczno, zaś w finale przyszło nam mierzyć się z MCKiS Jaworzno. Drużyna z południa Polski wykorzystała przewagę własnego parkietu i to ona wywalczyła awans do I ligi. Dwa pierwsze spotkania zakończyły się bardzo wysokimi wygranymi gospodarzy - najpierw w Jaworznie MCKiS zwyciężył 79:45, zaś cztery dni później w Warszawie legioniści pokonali rywali 74:49. W decydującym spotkaniu MCKiS wygrał 73:66.

W sezonie 2013/14 Legia wywalczyła awans do I ligi. W sezonie zasadniczym legioniści zajęli 1. miejsce, zapewniając sobie dzięki temu przewagę parkietu we wszystkich rundach play-off. W pierwszej z nich legioniści dwukrotnie pokonali Polonię, zaś w walce o finał z MKS-em Kalisz, konieczne było rozegranie meczu numer 3. Nasz zespół zwyciężył 84:59 i w finale spotkał się z Notecią Inowrocław. Podobnie jak rok wcześniej, tak i tym razem, dwa pierwsze mecze kończyły się wysokimi wygranymi gospodarzy i o awansie na zaplecze ekstraklasy decydował trzeci mecz, rozegrany 27 kwietnia 2014 roku na Bemowie. Legia nie zawiodła licznie zgromadzonych w hali kibiców i zwyciężyła 66:51, zapewniając sobie awans.

Powrót po 10. latach na zaplecze ekstraklasy był kolejnym krokiem do "Odrodzenia Potęgi". W pierwszej lidze legioniści radzili sobie całkiem nieźle jak na beniaminka. Sezon zasadniczy zakończyli na miejscu czwartym, zaś rywalizację w play-off rozpoczęli od potyczek ze Spójnią Stargard Szczeciński. Ta zakończona została po czterech meczach, z których legioniści wygrali 3 i dotarli do półfinału. W walce o finał nasz klub mierzył się ze zdecydowanym faworytem I ligi, Stalą Ostrów, ale rywalizacja był bardzo zacięta. Już w pierwszym spotkaniu Legia była o krok od sprawienia niespodzianki. Co nie udało się w meczu numer jeden, udało się dzień później! Legia miała teraz atut własnego parkietu i dwie wygrane w Wilanowie zapewniłyby jej wejście do finału. Niestety w pierwszym spotkaniu Stal zwyciężyła dzięki niesamowitej "trójce" (jedynej w sezonie) w wykonaniu środkowego ostrowian, Wojciecha Żurawskiego. Dzień później zwyciężyli legioniści i o awansie do finału decydowało piąte spotkanie, rozgrywane w Ostrowie. Było ono zdecydowanie najmniej wyrównane ze wszystkich meczów tej fazy rozgrywek i Stal zapewniła sobie zwycięstwo. Legia zaś sezon zakończyła dwumeczem o 3. miejsce z Miastem Szkła Krosno, ostatecznie kończąc rozgrywki 2014/15 na miejscu czwartym.

 

OPRACOWAŁ: MARCIN BODZIACHOWSKI

Sponsorzy

Sponsor główny
Sponsor oficjalny
Sponsor
Sponsor Akademii
Partnerzy