Występuje w Legii trzeci sezon. Pierwszy zakończył z Pucharem Polski, drugi z mistrzostwem kraju. Pod koniec minionych rozgrywek rozegrał setne spotkanie z eLką na piersi, zdobywając jednocześnie ponad 1000 punktów w barwach naszego klubu. Od półtora roku nosi kapitańską opaskę, a w tym sezonie zamierza obronić z Legią tytuł mistrzowski. Michał Kolenda, bo o nim mowa, w długiej rozmowie opowiedział nam o swojej dotychczasowej karierze, o tym jak żyje mu się w Warszawie, a także tym, że stara się znaleźć balans pomiędzy pracą i życiem prywatnym. Dlatego m.in. w ogóle nie śledzi koszykarskich rozgrywek w Europie, ale także żadnych innych sportów drużynowych. 29-letni skrzydłowy, który cały czas znajduje się blisko reprezentacji Polski, przekonuje, że nie zamierza jak jego brat Łukasz, szukać pracy w zagranicznym klubie. Przed obecnym sezonem podpisał z Legią trzyletnią umowę, bo jak sam przekonuje, w naszym klubie czuje się doskonale. "Trafiłem do miejsca, które ma jeszcze bardzo dużo miejsca do rozwoju. Więc bez sensu byłoby rozglądanie się na siłę za czymś innym. Fajnie jest być w miejscu, w którym na tym etapie wszystko jest tak dobrze poukładane" - mówi kapitan koszykarskiej Legii Warszawa. Zapraszamy do lektury.
Transfer z Trefla do Legii można uznać za wyjście ze strefy komfortu z Twojej strony?
Michał Kolenda: W pewnym sensie na pewno. Choćby biorąc pod uwagę zmianę miejsca zamieszkania. W Trójmieście pojawiłem się jako nastolatek, spędziłem tam dużo czasu, dorosłem, skończyłem szkołę, więc na pewno zmiana środowiska, miejsca, miasta, jest swego rodzaju wyjściem ze strefy komfortu.
Co Cię przekonało do tego kroku?
- Już w ostatnich 2-3 sezonach w Sopocie miałem parę telefonów od różnych trenerów z polskich klubów. I nawet po sobie czułem, że musi ten dzień nadejść. Pamiętam, że decydującą sprawą, było to, że w ostatnim moim sezonie w Sopocie, odpadliśmy w I rundzie play-off ze Śląskiem Wrocław. Co zamknęło klubowi drogę do jakichkolwiek poważnych rozgrywek europejskich. A wiedziałem, że chciałbym w nich uczestniczyć. Mimo, że była to ciężka decyzja, to nie pozostawało mi nic innego i wiedziałem, że nadszedł właśnie ten czas, by ją podjąć.
W pierwszym sezonie zaczęliście od zdobycia Pucharu Polski. Wielka radość i miła niespodzianka dla kibiców Legii, bo w sumie to chyba nikt na Was nie stawiał przez tym turniejem. Tymczasem pod wodzą nowego trenera - Marka Popiołka, zagraliście trzy świetne mecze.
- Był to okres, kiedy nasza forma bardzo się wahała. Mieliśmy momenty bardzo dobrej gry, a potem potrafiliśmy pojechać przed samym Pucharem Polski do Gdyni i mecz przegrać. Turniej finałowy wspominam bardzo dobrze - to był taki przełomowy moment, kiedy drużynę przejął trener Popiołek. Tym Pucharem zdobywaliśmy sobie naszą twarz. I już do końca sezonu raczej nie schodziliśmy poniżej pewnego poziomu. Sukces z Sosnowca bardzo skrystalizował naszą grupę. Każdy z nas uwierzył w siebie. Kto wie, jak tamten sezon by się zakończył, gdyby te dwa mecze w Szczecinie potoczyłyby się inaczej.
To był moment, w którym ta drużyna rozkręciła się na dobre - fajnie graliście w Europie, w lidze zaliczyliście wiele zwycięstw... Ale skończyliście na I rundzie play-off.
- Na pewno żal, ale to także lekcja na przyszłość dla wszystkich. W koszykówce decyduje kto wygrywa, a nie kto lepiej gra przez prawie całe spotkanie. Wydaje mi się, że byliśmy drużyną lepszą od Kinga, po prostu nie potrafiliśmy tych meczów domknąć. Kto wie, jakby się sezon zakończył, gdybyśmy wygrali tę serię.
Byliście wtedy o krok od awansu do półfinału FIBA Europe Cup. Odpadnięcie z Bilbao, szczególnie po solidnej zaliczce z pierwszego meczu, na pewno musiało boleć. Bo można było powalczyć o historyczny wynik, może nawet powtórzyć wynik Anwilu.
- Mecz w Bilbao na pewno wielu z nas zostanie w pamięci. Duże nadzieje zrobiliśmy sobie po pierwszym meczu w Warszawie, gdzie zdominowaliśmy drużynę z Kraju Basków na własnym parkiecie. Na pewno nie byliśmy mentalnie przygotowani na to, co spotkamy na tym wyjeździe. Wielka szkoda, bo praktycznie całą zaliczkę, którą zbudowaliśmy w Warszawie, roztrwoniliśmy w pierwszej połowie spotkania rewanżowego. I tak naprawdę w pewnym momencie musieliśmy nawet gonić, co nam się ostatecznie nie udało. Mecz zakończyliśmy porażką, która nas dyskwalifikowała z rozgrywek. Mimo wszystko bardzo dobrze wspominam ten okres gry w FIBA Europe Cup. Mieliśmy naprawdę bardzo dobre spotkania z drużyną, która grała w finale tamtych rozgrywek, czyli Bahçesehir z Turcji. Mieliśmy również dobre spotkanie u siebie z Bilbao - to także zespół, który zaszedł wysoko. Więc chociaż odpadliśmy w ćwierćfinale, pokazaliśmy się naprawdę z dobrej strony i to też był sygnał, że ta drużyna miała duże możliwości i potencjał w tamtym sezonie.

W obecnym sezonie graliście w BCL - zaczęliście świetnie, skończyliście zdecydowanie poniżej Waszych możliwości. Można powiedzieć, że decydujący o awansie do kolejnej fazy rozgrywek mecz z Heidelbergiem przegraliście na własne życzenie?
- Na pewno każdy żałuje, bo wszystko zależało od nas, żeby wyjść z grupy i grać dalej. Wszyscy żałujemy tego, co się wydarzyło... Z drugiej strony nie mieliśmy wpływu na to, jaką mieliśmy sytuację zdrowotną w drużynie w tamtym momencie. Trzeba przypomnieć, że w okresie jesienno-zimowym było bardzo dużo kontuzji w naszej drużynie, a co za tym idzie, rotacja była ograniczona. I tak naprawdę trener Heiko nie miał do dyspozycji całego rosteru i naszych pełnych możliwości, żeby w każdym meczu wyjść i zdominować jeden, czy drugi zespół. Dobrym przykładem naszej optymalnej formy, którą mogliśmy prezentować przez cały sezon, będąc zdrowymi, jest mecz na wyjeździe w Grecji. Tam od początku, grając z drużyną, z którą u siebie przegraliśmy, narzuciliśmy własny rytm i bardzo szybko zbudowaliśmy przewagę i cały mecz kontrolowaliśmy. Z Heidelbergiem, z którym jak wspomniałeś przegraliśmy u siebie na Torwarze, tak samo jak z Grekami - również wygraliśmy na wyjeździe. W rewanżu, mieliśmy wypracowaną solidną przewagę punktową i wielka szkoda, że tej przewagi nie utrzymaliśmy do końca. Nie zamknęliśmy tego spotkania w pewnym momencie i daliśmy się rozkręcić przeciwnikom z Niemiec. Mało tego, dwa mecze z Rytasem Wilno, drużyną, która tak naprawdę co roku bardzo wysoko zachodzi w BCL i podobnie zresztą jest w tym sezonie [zagrają w Final Four - przyp. M.B.], mieliśmy dwa równe spotkania. Więc to najlepiej pokazuje, jaki potencjał był w tej ekipie. Ale wiadomo, że na końcu liczy się tylko to, czy się wygrywa, czy przegrywa. W naszym przypadku, perturbacje zdrowotne nam nie sprzyjały i musieliśmy przełknąć gorycz porażki, i zaakceptować fakt, że w tym sezonie nasza przygoda z Ligą Mistrzów skończyła się na fazie grupowej.
Torwar wyraźnie Wam nie leży, choć jak wiadomo, obie drużyny mają takie same warunki do gry. Sam mogłeś doprowadzić do przełamania w meczu z Promitheasem Patras, ale rzuty, który w normalnych okolicznościach trafiasz z zamkniętymi oczami, tam nie wpadały.
- Na koniec dnia, tak jak wspomniałeś, dwie ekipy mają tyle samo czasu na tej sali, żeby ją poznać, mają tyle samo czasu, żeby się do niej dostosować i wydaje im się, że musimy przestać patrzeć tylko i wyłącznie przez pryzmat tego typu rzeczy, że coś nam nie leży. Nie ma sensu szukać wymówek. Po prostu w domowych meczach zdarzało nam się wyjść za miękko do spotkania, albo może lekceważąc przeciwnika, albo nie dowożąc meczów do końca. I taka jest prawda - wydaje mi się, że w tym przypadku można szukać jakichś dziwnych statystycznie sytuacji, dlaczego na jednej hali gramy tak, na drugiej inaczej, ale na koniec dnia trzeba przypomnieć, że obie drużyny grają w takich samych warunkach i obie ekipy mają takie same możliwości. Więc nie szukałbym przyczyny porażek w koszach, parkiecie, piłce, czy innych rzeczach. Tylko skupiłbym się na tym, co możemy kontrolować. A na pewno jedną z rzeczy, które kontrolujemy to jakie mamy podejście, jak się czujemy fizycznie, i czy realizujemy plan trenerów, którzy przygotowują nas do spotkania, czy jesteśmy mentalnie gotowi...

Jak już jesteśmy przy europejskich pucharach, to miałeś też okazję grać w ENBL. Wyjazdowy mecz Bristol Flyers to spotkanie, które może zapisać się w pamięci, ale ze względu na dziwne sędziowanie. To trochę jak niebo i ziemia, porównując BCL i ENBL.
- Przede wszystkim mecz w Bristolu bardzo dobrze zapamiętam, ale nie z jakichś dziwnych sytuacji sędziowskich, ale przede wszystkim dlatego, że nie spodziewaliśmy się tak licznej ekipy kibicowskiej Legii, która nas tam wspierała za naszą ławką, w tej małej hali w Bristolu. To na pewno jakieś nowe doświadczenie, żeby zobaczyć jak to jest na angielskiej ziemi pograć w koszykówkę. Też pamiętam, że to spotkanie, mimo na początku jakichś problemów, udało nam się wyprowadzić na własną korzyść i ostatecznie zwyciężyć. Pamiętam, że w Bristol wszyscy zagrali ambitnie, mimo że nasz kolega Mate Vucić został zdyskwalifikowany podczas spotkania. Mate w tym meczu pokazał, że jest w stanie poświęcić swoje ciało dla drużyny, czy samego siebie w spotkaniu - to na pewno był bardzo pozytywny impuls. Cała przygoda z ENBL-em na pewno jest na duży plus, bo mimo, że poziomem odstaje od rozgrywek takich jak FIBA Europe Cup, czy BCL, ale dla nas, koszykarzy, którzy mają możliwość zagrania dwóch meczów w tygodniu, jest na pewno fajną opcją, szczególnie na tej początkowej fazie sezonu. O wiele łatwiej nabrać rytm do grania, o wiele łatwiej przystosować ciało do dużej intensywności i niezależnie, czy to jest poziom BCL-u, czy ENBL-u, na koniec dnia fajnie jest to dodatkowe spotkanie rozegrać, gdzie na przykład w kalendarzu mamy w polskiej lidze jedno spotkanie co 7 lub nawet 10 dni. Zawsze lepiej zagrać dodatkowe spotkanie, niż harować na treningach - to powie chyba każdy zawodnik. Bez względu na poziom europejskich rozgrywek.
Czyli mówisz, że żałujecie braku awansu do najlepszej czwórki tych rozgrywek i nie było traktowania ENBL jako niepotrzebnego dodatkowego grania?
- Mieliśmy swoje szanse w ćwierćfinałach z Voluntari. Na pewno mieliśmy ambicję, żeby spróbować tam powalczyć i awansować do kolejnego etapu rozgrywek. Oczywiście, głównym celem była Orlen Basket Liga. ENBL był tak naprawdę dodatkiem, więc myślę, że zdobywając Mistrzostwo Polski i tak dobrze nam to wyszło. Ale zapewniam, że nikt z nas nie lekceważył występów w ENBL.

Kameron McGusty to najlepszy zawodnik, z jakim miałeś okazję grać w jednej drużynie?
- Mamy bardzo poważnego konkurenta dla niego i muszę się zastanowić... [rozmowie przysłuchiwał się Andrzej Pluta - przyp. M.B.]. Tak naprawdę zobaczę po tym sezonie (śmiech). Kameron McGusty to na pewno wyjątkowa postać, wyjątkowy gracz. Muszę przyznać, że tak stałego w formie koszykarza dawno nie widziałem na polskich parkietach. Kameron był stałym filarem w naszej drużynie, niezależnie od tego, w jakiej sytuacji byliśmy - bez względu na sytuację zdrowotną zespołu, ew. dołek po paru słabych spotkaniach - on zawsze prezentował bardzo wysoki poziom i na przestrzeni całego sezonu bardzo się zbudował na prawdziwego lidera. Człowieka, któremu każdy ufał w stu procentach, wiedząc, że jeżeli ma piłkę, to wykreuje z tego albo coś dla siebie, albo dla zespołu. Nie ukrywam, że był bardzo dużym odciążeniem psychicznym, ale też dającym pewność siebie wszystkim pozostałym, będącym obok niego na parkiecie. Naprawdę zrobił niesamowitą robotę w tym jednym sezonie w Legii. Swoją postawą zbudował wielu innych. Dzięki Kameronowi skorzystał na przykład Mate Vucić, który w play-offach prezentował naprawdę niesamowitą formę. No i oczywiście Andrzej Pluta, który obok niego stał się drugim najważniejszym graczem w naszym zespole. Myślę, że każdy po trochu urósł przy nim. To też pokazuje jego wielkość, jak dobrym był koszykarzem - nie tylko potrafił wziąć na swoje barki ciężar spotkania, ale również każdy przy nim czuł się o wiele pewniejszy siebie i po prostu lepszy.

Przyjście Heiko Rannuli było kluczowe do zdobycia mistrzostwa i odmiany gry drużyny z minionego sezonu?
- Myślę, że nikt nie podejrzewał, że zmiana trenera na trenera Heiko będzie skutkowała tym, że zdobędziemy mistrzostwo. To się wszystko urodziło w czasie, kiedy Heiko zaczął z nami pracować. Trener szybko znalazł podstawowy problem jaki mieliśmy w zespole, jeżeli chodzi o nasz styl i naszą fizyczność, i starał się to naprawić. Ten proces trochę trwał. W międzyczasie mieliśmy takie spotkanie jak z Czarnymi Słupsk u siebie, które przegraliśmy 30-ma punktami, a kibice na nas buczeli i kierowali nieprzyjemne komentarze pod naszym adresem. My wtedy byliśmy właśnie w procesie budowania całego zespołu od podstaw. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o tym, że ta drużyna może coś zdziałać w fazie play-off, czy zakończyć sezon z jakimkolwiek medalem. A to wszystko było procesem. Każdy z nas poważnie podszedł do sprawy i pewne sytuacje zaakceptował, w tym bardzo często poświęcił swoje personalne ambicje na rzecz tego, żeby drużyna dobrze funkcjonowała w systemie takim jaki trener Heiko chciał. I to była taka kolektywna sytuacja, w której każdy trochę dał od siebie, poświęcił trochę własnego ego, własnych statystyk i oddał się temu, co trener zaplanował i jak chciał nas przygotować. My pod skórą czuliśmy, że to nam pomoże. Wiedzieliśmy, że to jest dobra strategia i że w końcu kiedyś nam to odda. No i oddało tym majowo-czerwcowym okresem, w którym byliśmy naprawdę nie do zatrzymania.

Zazwyczaj to inni zawodnicy brali rzuty w kluczowych momentach meczów, ale we Włocławku Ty miałeś swój wielki moment. Jakie to uczucie trafić rzut, który decyduje o wygranej?
- Co mam powiedzieć? Bardzo fajne uczucie! W tamtym momencie, kiedy to się dzieje, to się tego nie czuje w taki sposób. Dopiero, kiedy emocje opadają, człowiek zaczyna sobie zdawać sprawę, z tego co się wydarzyło. Ale na pewno są to bardzo przyjemne momenty w życiu, fajne obrazki i wspomnienia. No kurcze, same pozytywne emocje, nie ma co się oszukiwać. Szczególnie zwycięski rzut na terenie Włocławka - w hali, w której każdy, kto tam przyjeżdża chce wygrywać. A to jeszcze miało miejsce w play-offach, w półfinale. Z Anwilem, który zakończył sezon zasadniczy na pierwszym miejscu. Same fajne wspomnienia, same fajne myśli w głowie się pojawiają.
A czy jakiś spudłowany rzut siedzi Tobie jeszcze w głowie?
- Myślę, że ten jeden z Promitheasem Patras, podczas meczu na Torwarze. Był taki decydujący moment i prawdopodobnie to mógł być rzut, który wyprowadziłby nas na prowadzenie... ale nie wpadł do kosza, piłka wykręciła się... Miałem dużo miejsca. Myślę, że to taki rzut, który na pewno na długo zapadł mi w głowie - to mogła być ostatnia szansa, by się przełamać i ten mecz wygrać.

Seria finałowa to było coś pięknego - siedem meczów na wysokim poziomie, dramaturgia... W którym momencie poczułeś, że nikt tego złota nie jest w stanie Wam wyrwać?
- Tak naprawdę to cały czas tak myśleliśmy, przez cały finał - od pierwszego spotkania.
Nawet przy 2:3?
- Nawet. Szczerze. Wiedzieliśmy, że Start przyjedzie na szósty mecz na Bemowo i tu wygramy. Wiedzieliśmy, że nawet jeżeli będziemy mieli moment, kiedy będziemy grali gorzej, albo nie będziemy trafiali, albo nawet Start będzie grał jakąś niesamowitą koszykówkę i zyska jakieś dwudziestopunktowe prowadzenie, to każdy z nas doskonale wiedział, że jedziemy na mecz numer 7. Nie było w ogóle możliwości, żeby było inaczej. Mimo tego, że pierwszy mecz w Lublinie przegraliśmy, ten otwierający finały, to wiedzieliśmy, że dociągniemy do końca tę serię. Wiedzieliśmy, że nawet jak będzie mecz szósty, to wygramy, jak będzie mecz siódmy, to pojedziemy do Lublina i ten mecz nie może się skończyć inaczej niż na naszą korzyść. Po dwóch meczach w Wałbrzychu i awansie do półfinału, nikt z nas nie brał pod uwagę innej możliwości, niż złoty medal. Później w fajnym stylu pokonaliśmy Anwil, wygrywając dwukrotnie we Włocławku i w trzecim meczu, na Bemowie, gdzie nasi kibice zrobili niesamowitą robotę, ubrani w jednakowe koszulki, przypieczętowaliśmy awans do finału. To było coś niesamowitego - serio. Nie było szans przystępując do finału, nie było takiego scenariusza w głowie, że kończymy sezon ze srebrem.
Twój brat przed tym sezonem wyjechał zagranicę. Ty wtedy związałeś się nową, paroletnią umową z Legią. Czyli na razie nie myślisz o wyjeździe do innej ligi?
- Jeżeli chodzi o zagraniczne "przygody", to są one już poza moim zasięgiem. Trafiłem do miejsca, które ma jeszcze bardzo dużo miejsca do rozwoju jako klub. Legia to pokazuje już od paru dobrych lat. Sam okres, w którym jestem w Legii, pokazuje, że ten klub rozwija się naprawdę bardzo dobrze i jest cały czas gotowy do rywalizacji o najwyższe cele w polskiej lidze, ma ambicje by grać o najwyższe cele w europejskich pucharach, co jest naprawdę bardzo fajne. Więc bez sensu byłoby rozglądanie się za czymś innym na siłę, szukanie jakichś przygód, miejsca, w którym trzeba zaczynać zabawę od nowa. Fajnie jest być w miejscu, w którym na tym etapie wszystko jest tak dobrze poukładane. Pozostaje tylko grać, rozwijać się i razem z klubem osiągnąć jeszcze wyższe szczyty. Kurczę, kto by odchodził po mistrzowskim sezonie z klubu, z którym podniosło się trofeum, po takim sezonie, takich play-offach? Nie wyobrażałem sobie, by nie zostać w Warszawie z tą grupą kibiców, która się również zbudowała się mocno przy okazji tych finałów. Jestem bardzo zadowolony z tego ruchu i jednocześnie podpisując nową umowę tak trochę wymazałem sobie z głowy jakieś przygody, jeżeli chodzi o ligi zagraniczne. Fajnie jest skupić się na miejscu, które rozwija się cały czas. Szczególnie teraz, kiedy zapadła w końcu decyzja o zbudowaniu nowej hali, co może być nowym rozdziałem dla całej organizacji. Fajnie jest być tego częścią na dłuższy czas i widzieć jak Legia się rozwija, cieszyć się z tego, co możemy wspólnie osiągnąć.

Czyli jeśli znów zagrać z bratem w jednym zespole, to Łukasz musi przyjść do Legii?
- No... ja się na razie stąd nigdzie nie ruszam, więc wszystko zależy od niego (śmiech).
A śledzisz teraz regularnie rozgrywki Bundesligi, od kiedy Łukasz występuje na tych parkietach?
- Przyznam się, że w ogóle nie śledzę żadnych rozgrywek koszykarskich. To chyba przez przesycenie koszykówką. Jeżeli koszykówkę wplatałbym jeszcze w życie prywatne, mógłbym chyba oszaleć. Więc głową odpływam w różne inne miejsca. Jeżeli ktoś chciałby szczegółowo porozmawiać o innych ligach, czy sportach, to zachęcam do rozmowy z Wojtkiem Tomaszewskim. Chłopak ma bardzo duże spektrum zainteresowań sportowych, więc z nim na pewno odnajdzie się dużo wspólnych tematów.
Czyli dopiero po rozmowach w szatni, dowiadujesz się, które miejsce w tabeli aktualnie zajmujecie?
- Jasne. Nie będę podawał nazwisk, ale nie jestem w tym osamotniony. Jeżeli chcemy wiedzieć, co się aktualnie dzieje w lidze albo w innych ligach, to zawsze pytamy Wojtka.

Żadnych innych sportów też nie śledzisz? Mistrzostwa Świata, czy Igrzyska Olimpijskie również Cię nie interesują?
- Generalnie igrzyska, czy jakieś mistrzostwa świata, mecze reprezentacji różnych dyscyplin - to zdarzy mi się obejrzeć. Ale to nie tak, żebym mógł powiedzieć, że to śledzę, czy jestem tym bardzo zainteresowany. Każdy człowiek ma jakieś swoje hobby, jakieś inne, pozasportowe zainteresowania, które też śledzi, rozwija. Każdemu polecam, żeby część "roboczą" zostawić w pracy, a hobby mieć zupełnie inne, bo na pewno jest to lepsze, niż całe życie kręcić się wokół jednej rzeczy.
To powiedz, jakie jest twoje hobby?
- Rower - to moje hobby. Mam jeszcze parę innych hobby, ale to fajnie jest zostawić dla siebie, żeby chociaż część swojego życia mieć tylko dla siebie.
Rowerowo, to chyba w Waszym przypadku, najbardziej można się rozwinąć dopiero po sezonie?
- To zależy, na przykład teraz, jak ktoś ma problemy zdrowotne, to pierwsze, co Kuba Nowosad robi z nami, to wysyła nas na rower stacjonarny, żeby się dogrzać. Tak więc rower jest z nami czasem przez cały sezon. Oczywiście nie taki przyjemny jak jazda na zewnątrz, podczas fajnej pogody, gdzie można też odpocząć, pojechać, zjeść coś dobrego. Rower stacjonarny służy czemu innemu. Ale tak, zdecydowanie po sezonie, kiedy jest czas na odpoczynek. I to też jest fajne, bo można zostać w ruchu, mimo, że się odpoczywa, więc jeżeli ktoś jeszcze nie próbował - polecam.

Przed meczem ze Śląskiem w 2024r., miał miejsce klip, który niezbyt spodobał się fanom z Wrocławia. Przyjęto Cię wyjątkowo chłodno w Hali Stulecia, ale nie pękłeś.
- Powiem szczerze, że dopóki nie przyjechaliśmy do Wrocławia i nie byliśmy po kolacji, to nawet nie zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawy. Wtedy byłem w pokoju hotelowym z Grzesiem Kulką, a ja nie mam tych wszystkich Twitterów i w social mediach prawie nie siedzę, więc nie wiedziałem, co się w ogóle z tym klipem dzieje. Grzesiu nie zapytał, tylko powiedział, że mam być spokojny, że wszystko będzie dobrze. A ja do niego: "O co ci chodzi, stary?". Nie rozumiałem w ogóle, co się dzieje. Później żona do mnie napisała, czy dobrze się czuję itd. Wszyscy zaczęli mnie pytać, czy jest OK. Byłem totalnie zaskoczony. Nie miało to, tak szczerze, żadnego wpływu na moją grę. Trochę fajne doświadczenie, bo śmiesznie jest wchodzić na halę, kiedy wszyscy na ciebie buczą, ale fajnie też ze strony chłopaków, bo czułem bardzo duże wsparcie. Ze strony szatni wszyscy się za mną wstawili i powiedzieli, że stoimy za tobą, wspieramy cię i tak dalej, więc ja w ogóle nie czułem się jakoś źle na tej hali podczas meczu. Wręcz czasami śmieszyły mnie niektóre reakcje ludzi, a szczególnie naszego kolegi, który wtedy grał w Legii, Christiana Vitala, który potrafił do kibiców lecieć z różnymi wiązankami, czy gestykulacją, żeby pokazać swoje wsparcie wobec mnie. Fajnie wspominałem ten czas. Rozmawiałem wtedy z bratem, który akurat w tamtym meczu nie zagrał, bo miał kontuzję. On też mówił, że dochodziły do niego różne sygnały wrogiego nastawienia kibiców wobec mojej osoby za ten klip. On też bardzo mnie wtedy wspierał i generalnie studził te wszystkie sytuacje, które mogłyby niepotrzebnie zaognić sytuację z kibicami. Ciekawe doświadczenie, ale będąc szczerym, nie miało to żadnego wpływu na moją grę.
Przejąłeś od Darka Wyki opaskę kapitana. To trudne zadanie? Opaska nie ciąży?
- Ciąży? Na pewno nie ciąży. Już miałem okazję być kapitanem, w moim ostatnim sezon w Sopocie, więc trochę wiedziałem, z czym to się je. Widziałem, jakim kapitanem jest Darek. Jak Darek zmienił klub, prezes Jankowski powiedział mi, że będę kapitanem w Legii na kolejny sezon. Kontaktowałem się z Darkiem, żeby wiedzieć, co i jak i gdzie, jak on to rozgrywał, żeby przede wszystkim na linii sztab-klub-zawodnik, wszystkie rzeczy były dopięte. Umówmy się, dzisiaj bycie kapitanem nie jest jakoś wymagającą rolą. Bardziej trzeba się wcielić w tę rolę by chłopakom, którzy dołączają do Legii przekazać trochę informacji, a później w trakcie sezonu być łącznikiem pomiędzy sztabem, kierownikiem a klubem, ewentualnie coś pomóc, doradzić. To rola reprezentatywna, więc duża odpowiedzialność, żeby wychodząc na boisko Legia kojarzyła się z takim klubem, który jest waleczny. Mogę też powiedzieć, że mając takich kolegów w szatni, jakich mamy obecnie - nikogo nie trzeba namawiać do tego, żeby walczyli i dawali z siebie wszystko. Nigdy nie odczuwałem jakiegoś ciężaru opaski kapitańskiej w Legii.

Czyje plakaty za młodu wieszał nad łóżkiem Michał Kolenda?
- Mama przywoziła mi katalogi ze sklepu z zabawkami z Lego i zawsze wieszałem sobie nad łóżkiem zestaw, który chciałem dostać albo na święta, albo na urodziny. Nie wieszałem plakatów koszykarzy. No i z bratem wieszaliśmy jeszcze Spidermana. Chyba tyle.
Żadnych sportowców, żadnych zespołów muzycznych też nie?
- Nie.
Od początku była miłość do koszykówki? Jak się to zaczęło?
- Zaczęło się to w podstawówce w Ełku, w szkole podstawowej numer 5. Pojawił się taki bardzo fajny i ambitny człowiek - Edward Traskowski, który miał już do czynienia z mini-koszykówką w Łomży. Między innymi Łukasz Wilczek, znany z gry w Legii, jest także wychowankiem trenera Edwarda Traskowskiego. To poszło bardzo szybko. Mój brat, będąc wtedy w trzeciej klasie podstawówki, zapisał się na dodatkowe zajęcia z koszykówki. Paru moich kolegów również zapisało się, ja zaś początkowo wstrzymywałem się przez miesiąc, czy dwa. Ale był wtedy organizowany taki turniej Nufar Cup w Ełku, gdzie przyjeżdżały różne ekipy z mini-koszykówki. Pamiętam, że poszedłem na ten turniej zobaczyć, jak to wygląda. W ogóle to była moja pierwsza styczność z jakąkolwiek koszykówką na żywo i bardzo mi się spodobało. Od razu po tym turnieju przyszedłem na trening, i tak to zostało aż do dzisiaj.
O przenosinach z Ełku do Trójmiasta zdecydował brak możliwości dalszego koszykarskiego rozwoju w Twojej rodzinnej miejscowości?
- Przenosiny były trochę nieoczekiwane, tak naprawdę dopiero co w gimnazjum w Ełku stworzona została klasa sportowa, dzięki czemu nasza grupa z rocznika 1997, mogła kontynuować koszykarską przygodę po zakończeniu szkoły podstawowej.
Pewnego dnia byliśmy na turnieju w Grójcu, razem ze wspomnianą szkołą - gimnazjum nr2 z Ełku. Był tam m.in. Śląsk Wrocław, Trefl Sopot, ekipa z warszawskiej Ochoty, miejscowa drużyna z Grójca i inni. No i my ten turniej, zupełnie niespodziewanie, wygraliśmy. Po naszym występie w Grójcu to już poszło bardzo szybko, m.in. z pomocą takiej postaci jak "Zibi", czyli Zbyszka Fryny, który bardzo dużo jeździł i śledził turnieje mini-koszykówki, relacjonował je, robił zdjęcia, kręcił filmy, przygotowywał podsumowania. Miał też znajomości wśród trenerów z różnych ośrodków, jak Wrocław, czy Trójmiasto. Ludzie się ze sobą skontaktowali i wyszło zainteresowanie, żeby sprawdzić tych chłopaków z Ełku, którzy tak się wyróżniają. Później był etap kadr wojewódzkich w rozgrywkach młodzieżowych. Na jednym z takich turniejów, gdzie w reprezentacji Warmii i Mazur byli głównie zawodnicy z Elbląga i Ełku, trener z Elbląga - pan Majewski zbudował drużynę łącząc po prostu swoją drużynę elbląską ze mną i jeszcze jednym moim kolegą z drużyny - Marcinem Mocarskim. Pojechaliśmy na turniej do Kwidzyna, graliśmy z reprezentacją Pomorza i Podlasia. Po półfinale byłem najlepszym strzelcem całego turnieju w Polsce, jeśli mnie pamięć nie myli. I na tym właśnie turnieju obecny był trener Lichtański, który wówczas był trenerem młodzieżowym w Treflu Sopot. Później pojechałem na testy do Sopotu i zapadła decyzja, żeby tam zacząć od nowego roku szkolnego. Wtedy byłem w drugiej klasie gimnazjum i miałem przyjść do Sopotu do trzeciej klasy. Mój brat kończył wtedy szkołę podstawową i dopiero zaczynał gimnazjum, więc tak się dobrze złożyło... Tyle, że Łukasz był za młody, żeby przyjść do bursy, w której mieliśmy funkcjonować, bo tak młodych zawodników wtedy jeszcze w Treflu nie "werbowano". A rodzice postawili warunek, że jeżeli mam pojechać do Sopotu, to tylko z bratem, Łukaszem. Nie wiem, czy już o tym kiedyś wspominaliśmy... mam nadzieję, że się nie obrazi. I pojechaliśmy we dwóch do Sopotu, z tym, że ze względu na wiek Łukasza, on przez pierwszy rok, a może i dwa, był na tak zwanych testach, żeby nie było, że jest na miejscu. Tak więc w wieku 15 lat ja i mój brat w wieku 13 lat, wyjechaliśmy z Ełku do Sopotu i tam tak naprawdę już wszystko zaczęło się profesjonalizować. Wtedy koszykarsko wszystko przeszło na zupełnie inny poziom, w porównaniu do tego, co mieliśmy w naszym rodzinnym mieście. Tam cała historia się zaczęła... i tak trwa aż do dzisiaj.

Wyjazd na drugi koniec Polski w takim wieku, oznaczał, że trzeba było szybciej dorastać, usamodzielnić się.
- Nie wiem, jak to rodzice przeżyli tak naprawdę. Mówią, że dobrze, ale czy tak było naprawdę, tego nie wiemy. My mieliśmy zajętą głowę przez cały dzień, bo na miejscu mieliśmy dwa treningi dziennie, szkołę, jakieś jeszcze życie poza szkołą i treningami. Człowiek nie miał czasu, by choćby czasem zatęsknić, czy też przejmować się tym, że jest się tak daleko od domu. Natłok zajęć sprawiał, że nie było czasu na zajmowanie głowy tęsknotą. Ale na pewno rodzice bardzo nam pomagali. Pomagali jak tylko mogli i szczególnie na początku, każdy dzień, kiedy tylko mogli - przyjeżdżali do nas do Trójmiasta.
Myślisz już, w którym mieście zamieszkasz po zakończeniu kariery? Które miejsce najbardziej odpowiada Ci do życia? Rodzinne strony, Sopot, w którym mieszkałeś przez dłuższy czas, czy może Warszawa, z którą związany jesteś obecnie?
- Moja żona pochodzi z Sopotu, więc na pewno Trójmiasto i samo Pomorze jest jakąś opcją. Fajnie nam się żyje w Warszawie, nie będę ukrywał. Rodzinne strony też są bardzo fajne. Szczerze powiedziawszy, sprawa jest jeszcze otwarta, może z lekką przewagą Trójmiasta. Dużo rzeczy się jeszcze w życiu może zmienić, bo dzisiaj myślę tak, a za 2-3 lata może być już inna perspektywa. Ale na tę chwilę chyba wybralibyśmy Trójmiasto lub jego obrzeża.
Wiemy, że na mecze lubisz zakładać stare, mocno wysłużone skarpetki. To można uznać za przesąd?
- Niestety nie mam już moich zasłużonych, doświadczonych skarpet.
Trafiły do muzeum?
- Ja to trochę inaczej nazywam, inaczej niż podziurawione, bardziej doświadczone. Żona wzięła sprawy w swoje ręce i przy jednym praniu stwierdziła, że to tak nie może wyglądać i jednego dnia wszystkie usunęła. To spowodowało, że przez dwa dni byłem praktycznie bez skarpet, ale szybko uzupełniliśmy "zapasy". Kierownik wykazał się bardzo dobrą pracą i uzupełnił mi braki w wyposażeniu. Ale tak szczerze, to chyba nie mam żadnych takich rytuałów meczowym. Myślę, że jedynym rytuałem jest po prostu muzyka przed meczem.
Jaka muza?
- Taka energiczna, głośna. Tych 10-15 minut takiej muzyki, która potrafi nakręcić. Takiego solidnego, dobrego rytmu.
Zawsze ta sama playlista, czy jednak coś zmieniasz?
- Zmieniam. Jest parę takich rzeczy, które zostają stałe, ale resztę miksuję, żeby nie mieć jakiejś takiej rutynki cały czas.

W autokarze w drodze na mecz wyjazdowy: książka, film, muza, czy sen?
- Ostatnio bardzo dużo rozmawiamy sobie z chłopakami. Czasami nawet nie ma czasu na telefon. Bardzo lubimy jeździć w dni, w których jest jakiś mecz PLK, bo wtedy sobie odpalamy. "Wilku" zawsze odpala mecz na laptopie i wszyscy oglądamy. A tak to z reguły miksuję. Czasami książka, czasami film, tak rotacyjnie, potem na przykład trochę rozmowy, po czym np. przez jakiś czas każdy jest w swoim świecie, potem znowu rozmowa, oglądanie meczu. Różnie. Dużo się dzieje przez tych kilka godzin, które spędzamy w podróży. Ale film, słuchawki, telefon i kawa - to taki wyjazdowy standard. Zawsze kawa, po której świetnie się rozmawia.
Mówiłeś, że dobrze ci się żyje w Warszawie. Masz jakieś ulubione miejsce w stolicy?
- Z żoną jesteśmy takimi, można powiedzieć, spacerowiczami. Bardzo lubimy spacerować, szczególnie jak jest dobra pogoda. Jak już jest coraz ładniej, to zaraz również rower wejdzie w ruch, żeby sobie pojeździć, bo Warszawa ma bardzo fajnie zbudowany system ścieżek rowerowych i można dojechać w wiele fajnych miejsc, zrobić fajne trasy. A takim miejscem, które najczęściej odwiedzamy jest chyba Park Moczydło i Szczęśliwicki - to są dwa miejsca, w które bardzo lubimy pojeździć albo się przejść. Na Szczęśliwicach, na górce, usiąść sobie, zrobić piknik - to jest coś. Do centrum z kolei bardzo rzadko się zapuszczamy. A jeśli już, to komunikacją miejską, bo samochodem bardzo ciężko zaparkować. Ale jeżeli jest pogoda, to na pewno jakiś park, ewentualnie gdzieś nad Wisłę, by przy okazji zahaczyć o dobry lunch. Wiele determinuje pogoda.
A jak jest z rozpoznawalnością na mieście - raczej jesteś anonimowy w tak wielkiej aglomeracji, czy jednak kibice zaczepiają na mieście?
- Szczerze powiedziawszy, przyjeżdżając do Warszawy, wychodziłem z założenia, że to miasto jest tak duże i żyje tu tak dużo ludzi, którzy z kolei mają tak dużo różnych zainteresowań, że rzadko można spotkać się z taką sytuacją, że ktoś cię rozpozna. A tak dzieje się coraz częściej! I to naprawdę w różnych, randomowych miejscach. Czy to na zakupach w dyskoncie, czy na spacerze. Nawet ostatnio kupując herbatę w Łazienkach, trafiłem na sprzedawcę, który jeździ na nasze mecze i regularnie nam kibicuje, więc to naprawdę niesamowita sprawa. Muszę przyznać, że to dzieje się coraz częściej. Pierwszy rok może nie był aż taki, ale potem, z biegiem czasu, coraz częściej trafiamy na mieście osoby, które cię rozpoznają. Idąc do jakiejś knajpki, coś zjeść, często można spotkać osobę, która przychodzi na nasze mecze i nam kibicuje. Takie spotkania są miłe, bo ludzie życzą nam powodzenia. Nie jest to męcząca rozpoznawalność, a raczej bardzo fajne uczucie.
Jeszcze na koniec wróćmy do koszykówki. W tym sezonie zmagałaś się z kontuzją, wypadłeś z gry na kilka tygodni. To najtrudniejsze momenty w życiu zawodowego sportowca?
- Tak, nie ma co ukrywać. Generalnie w naszej branży, naszym jedynym narzędziem jest nasze ciało. Więc jeżeli ono nie funkcjonuje dobrze, to tak naprawdę wszystko nie daje rady. Nasze życie zawodowe polega na tym, żeby grać w koszykówkę. Jeżeli w nią nie gramy, to wiadomo, że człowiek od razu zaczyna mieć trochę mniejszą pewność siebie, zaczyna wątpić - to są naturalne odruchy głowy, jeżeli przestaje się robić to, co się najlepiej potrafi. Nigdy nie jest to łatwe, bo każdy chce wrócić jak najszybciej do optymalnej dyspozycji. Kontuzjowany zawodnik, zawsze dąży do tego, by jak najszybciej wrócić do zdrowia i grania. Czasami nawet chęć grania jest o wiele silniejsza, niż bycie w pełnym zdrowiu. W takich momentach sportowiec często jest w stanie poświęcić się bólowi, żeby tylko wrócić do gry i uczestniczyć w życiu drużyny i klubu. To na pewno nie są łatwe sprawy. Nie mogę nawet sobie wyobrazić, przez co musiał przechodzić nasz kolega - Matthias Tass w obecnym sezonie. Ciągłe leczenie, a kiedy już wydawało się, że jest OK, to znowu doznał urazu, i tak w kółko. Mimo, że z nami nie trenuje i nie gra, to nikt nie widzi tej pracy, którą on wykonuje na siłowni, czy z fizjoterapeutą, trenerem od motoryki. Czasami te treningi są o wiele cięższe od tego, co my robimy, a ponadto wymaga jeszcze większej cierpliwości, zaangażowania, a jedynym odzwierciedleniem jego dobrej pracy jest to, że on wróci na parkiet i będzie dalej z nami grał. Dzisiaj patrząc na Matthiasa, trzeba mu oddać, że wykonał kawał ciężkiej pracy, przede wszystkim mentalnej, ciężko pracował, by znów być z nami. Każdy w tym sezonie miał większe, bądź mniejsze problemy zdrowotne, ale widać, że to wszystko wychodzi na prostą, z czego bardzo się cieszę. Jesteśmy przed decydującą fazą sezonu i mam nadzieję, że te wszystkie takie ciężkie chwile, wzloty i upadki zdrowotne są już za nami, a teraz będzie tylko lepiej.
Od początku marca jesteście na fali wznoszącej. Tak jak przed rokiem. Czy skończymy ten sezon w równie wielkim stylu?
- Chciałoby się mieć pewien schemat działania i żeby zawsze to działało tak samo, ale wszyscy wiemy, że to jest sport i różne scenariusze mogą mieć miejsce. Według mnie niepotrzebne jest nastawianie się w ten sposób, czy porównywanie do poprzedniego roku. Raczej jestem zwolennikiem, żeby patrzeć najkrócej jak się da, czyli tylko do następnego spotkania i weryfikować siebie i innych tylko przez pryzmat następnego meczu. By nie patrzeć w dal, nie narzucać sobie zbędnej presji i nie wychodzić poza pewne schematy. Przede wszystkim kontrolowanie tego, co możemy kontrolować, jest najlepszym rozwiązaniem. A to co możemy kontrolować, to jest zawsze następne spotkanie po ostatnim rozegranym. Skupienie się na przeciwniku, na jego mocnych i słabych stronach, znalezienie strategii, jak to spotkanie wygrać i tak w kółko. Aż dojdziemy do ostatniego meczu w sezonie, w którym będziemy mogli albo spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiło się wszystko, albo po prostu zaakceptować rezultat, jaki będzie miał miejsce, nawet jeśli ten nie będzie korzystny. Myślę, że niepotrzebnie patrzymy na to przez pryzmat jakiegoś długofalowego funkcjonowania. Bardziej bym skupiał się na tym, co się dzieje tu i teraz, i na najkrótszym możliwym scenariuszu, jakim jest następny mecz.
Gra o medale, gra w finale, to oznacza również krótsze dla Was urlopy. Jakoś to przeżyjesz, jeśli do tego dojdzie ponownie?
- Myślę, że każdy w ciemno weźmie krótszy urlop, jeżeli skończymy tak samo, jak skończyliśmy w poprzednim sezonie. To są emocje nie do zapomnienia, to są obrazki, zdjęcia, filmiki, nawet takie rzeczy małe - jak gwiazdka na banerze z rokiem, w którym wygrało się mistrzostwo. Warto dla takich rzeczy nie mieć w ogóle wakacji. To zostaje na lata, te wspomnienia zostają w głowie na całe życie.
Te emocje, obrazki ludzi, ich twarze w momencie, kiedy się razem wychodziło na parkiet i każdy ramię w ramię walczył tylko o jedno - to coś, co tak naprawdę jest kwintesencją tego, po co to wszystko się robi. Na koniec dnia mogą być medale, nagrody, ale to emocje i więzi z tymi ludźmi, które się wytworzyły naturalnie, zostają z tobą na zawsze. To jest sens dlaczego to robimy. Nie ma znaczenia, czy wakacje będą, czy też nie. Jestem pewien, że każdy z nas, wziąły mistrzostwo w ciemno, kosztem braku odpoczynku po sezonie.
A czy na koniec jest taka świadomość u Was, że zapisujecie się w historii klubu, który przez 56 lat nie zdobył mistrzostwa. Choć w międzyczasie grali tu uczestnicy Igrzysk Olimpijskich, wielcy sportowcy. A to Ty z kolegami zrobiliście coś, co na zawsze zapisało się w historii koszykarskiej Legii.
- Myślę, że to jeszcze do nas do końca nie dociera. Choć na pewno to duża rzecz, by po 56 latach wrócić na tron i zdobyć mistrzostwo dla tego klubu. Sądzę, że to dotrze do nas w pełni, jak spojrzymy na to z dystansu, za pewien czas. Na razie nasze życie mknie bardzo szybko, mecz za meczem i człowiek nie ma nawet chwili, żeby w ogóle docenić te emocje, uświadomić sobie, co się osiągnęło. Na swoim przykładzie powiem, że po mistrzostwie, do dzisiaj nie obejrzałem żadnej fotorelacji z tego mistrzowskiego dnia. Z dnia, w którym podnosiliśmy trofeum, mimo, że była tam cała moja rodzina, najbliżsi, przyjaciele, którzy też przyjechali obejrzeć ten mecz numer 7. Ale to nie dlatego, że nie chcę tego zrobić, tylko po prostu wszystko tak się szybko w życiu dzieje, że czasu po sezonie, podczas wakacji jest tak niewiele, że nie da się nawet znudzić samym siedzeniem i myśleniem o tym, czego się przed chwilą dokonało. Mam wrażenie, że takie rzeczy przyjdą po czasie. Może nawet kiedy już skończymy grać w koszykówkę - wtedy dopiero docenimy, że było się takiej ekipie, która po 56. latach zdobyła Mistrzostwo Polski dla Legii Warszawa? Nawet teraz, mówiąc to, robi to wrażenie w mojej głowie. Chociaż nie wiem, czy już jestem w stanie w pełni docenić ten sukces. Życie sportowca jest bardzo intensywne, nie zatrzymujemy się, nie ma czasu na wracanie pamięcią do tego, co już było. Ale ten sukces, który kibice tak hucznie świętowali, na pewno z czasem sami także docenimy.
A reprezentacja Polski jest jeszcze jakimś marzeniem dla Ciebie?
- Reprezentacja Polski jest miejscem, do którego każdy polski koszykarz chce przyjeżdżać i jeżeli jest wezwanie ze strony pierwszego trenera, to chyba każdy chce tam być. Reprezentacja Polski jest więc zawsze marzeniem, bo grając w koszykówkę, nie ma większego zaszczytu niż reprezentowanie swojego kraju na arenie międzynarodowej. To też w pewnym sensie wyróżnienie, więc niezależnie od momentu w życiu, w którym się jest, dla każdego sportowca reprezentacja zawsze będzie w sferze marzeń. To oczywiste, że jeżeli otrzymujesz powołanie do reprezentacji, to jest to dla ciebie wyróżnienie, możesz czuć się szczęściarzem. Gdy sportowiec tylko zdrowy, to na kadrę jest gotowy.
Rozmawiał Marcin Bodziachowski,
fot. Piotr Koperski, Paweł Kołakowski, Marcin Bodziachowski