Michał Spychała poprowadził juniorów Profbud Legii Warszawa do złotego medalu mistrzostw Polski w turnieju finałowym U-19 w Sopocie. To kolejny medal w rozgrywkach młodzieżowych wywalczony przez tego szkoleniowca, a pierwszy w barwach naszego klubu. Zapraszamy na rozmowę ze szkoleniowcem, który oprócz drużyny do lat 19, prowadzi także drugoligowe rezerwy koszykarskiej Legii.
Złoty medal Mistrzostw Polski juniorów musi smakować wspaniale. Szczególnie, że wbrew temu, co mówią po fakcie eksperci, wcale nie byliście faworytem do złota.
Michał Spychała: Myślę, że rzeczywiście nie byliśmy faworytem. Byliśmy trochę takim czarnym koniem, o którym wszyscy mówili: jest potencjał. Ten potencjał był, ale do tej pory nie szło tak, żeby udało się go wykrzesać aż na medal mistrzostw Polski. Na pewno zagraliśmy bardzo solidny turniej. A jeśli chodzi o to słowo "smakuje", to było ono często używane w rozmowach po meczu w szatni i w wywiadach. Sam powiedziałem, że ten medal bardzo smakuje, szczególnie dlatego, że nasza gra była bardzo bliska temu, nad czym pracowałem przez cały sezon. Ta gra w obronie, determinacja, solidność - to wszystko wyglądało bardzo blisko tego, co chciałem zobaczyć. Dlatego ten medal naprawdę dobrze smakuje.
Zdradzi dziś trener, co mówił zawodnikom przed turniejem, jeśli chodzi o cel na całe mistrzostwa?
- Nie było takiej rozmowy wprost o celu. Nie padło pytanie: po jaki medal jedziemy. Nie mówiliśmy, czy jedziemy po złoto. Natomiast każdy wiedział, że jedziemy po medal - że chcemy wreszcie ten medal przywieźć. Myślę, że atmosfera zbudowana różnymi sposobami, o których może nie będę mówił, raczej mentalno-mobilizacyjnymi sprawiła, że na miejscu każdy, nawet jeśli tego nie mówił głośno, myślał o złocie.

Wielu tych chłopaków brało udział w MP U-19 rok wcześniej w Gdyni - tam do strefy medalowej zabrakło niewiele, ale skończyło się na 5. miejscu. To zgranie wielu z nich zaprocentowało teraz?
- Tak, ale to jest atut większości drużyn, które grały w tych finałach. To nie są zespoły budowane jak w PLK - z roku na rok zupełnie inne. Tutaj rotują roczniki: ktoś starszy odchodzi, ktoś młodszy dochodzi, ale rdzeń drużyny często zostaje. Ci chłopcy znają się i grali w bardzo podobnych składach rok wcześniej i dwa lata temu. Nie widziałbym tu więc jakiejś szczególnej przewagi nad innymi. Myślę, że bardziej chodziło o to, że trafiliśmy z formą. Byliśmy po dobrych meczach w Pucharze Polski. Pomimo niedawnej porażki z WKK, sprawdziliśmy że możemy powalczyć z teoretycznie najlepszym przeciwnikiem. Bardzo dużo dał mi półfinał Pucharu Polski ze Śląskiem, który z nami wygrał. Dzięki temu mogłem przygotować zawodników na pewne sytuacje, które później mogły nas spotkać. To był kluczowy moment przygotowań. Od tego czasu graliśmy coraz lepiej, właściwie bez większych momentów dekoncentracji. Myślę więc, że nie sam skład był decydujący, ale praca nad wydobyciem z niego tego, co najlepsze. I odpowiednie dobranie ról na parkiecie.
Rok w koszykówce młodzieżowej to dużo. Widział trener turniej w Gdyni z bliska. Można chyba powiedzieć, że teraz ci chłopcy grają o wiele dojrzalej?
- Trudno to porównać, bo w tych finałach w zasadzie w każdym meczu byliśmy stroną dominującą. W poprzednim roku tak nie było. Dwa lata temu w U-17 też nie do końca... Tu wygrywaliśmy wszystkie mecze różnicą co najmniej 11 punktów i były to dość spokojne zwycięstwa. Nie było nerwowych końcówek. Ta drużyna nie trafiła na naprawdę trudny moment - nie miała seryjnych strat punktów. Graliśmy na tyle solidnie, że mieliśmy dużą przewagę i nie musieliśmy martwić się takimi sytuacjami.
Przygotowania drużyny do turnieju utrudniał fakt, że część graczy brała udział w treningach z pierwszym zespołem?
- Na pewno byłoby mi łatwiej, gdybym miał więcej meczów w pełnym składzie. Po Błażeju Czapli było widać na początku, że trochę brakowało mu nawet takiego "tlenu" na 25 minut gry. Zaczął z nami trenować dopiero mniej więcej od połowy grudnia, a tak naprawdę na stałe od Pucharu Polski. A nie oszukujmy się - to była kluczowa postać na rozegraniu. Pozostali zawodnicy byli dużo mniej doświadczeni i musieli wypełniać swoje zadania. Do tej pory robili to lepiej lub gorzej, ale mistrzostwa to już nie jest moment na eksperymenty. Myślę jednak, że razem z klubem dobrze poukładaliśmy kwestię dostępności zawodników i rotacji między zespołami. Może nie było tyle czasu, ile bym chciał, ale wystarczająco, żeby się odpowiednio przygotować.

Z drugiej strony wydaje się, że Błażejowi Czapli, czy Dawidowi Niedziałkowskiemu rywalizacja na treningach z graczami z poziomu Orlen Basket Ligi wiele dała.
- Na pewno treningi z graczami ekstraklasowymi mają duże przełożenie na ich umiejętności. Rywalizują z silniejszymi, bardziej fizycznymi zawodnikami. Trzeba jednak pamiętać, że to trzeba potem spożytkować w graniu. Jeżeli ktoś w ekstraklasie dostaje kilka minut, to trudno przygotować się w ten sposób do grania ponad 20 minut na wysokim poziomie. Dlatego staraliśmy się, żeby Błażej, Dawid i inni chłopcy grali jak najwięcej efektywnych minut u nas - w drugiej lidze lub rozgrywkach juniorskich.
Przed rokiem o braku medalu zadecydowały porażki w pierwszych meczach finałów. Teraz widać było, że weszliście w turniej bardzo skoncentrowani. Aby zacząć od wygranej z GTK.
- Powiem szczerze - byłem bardzo podekscytowany, podenerwowany i zestresowany przed pierwszym meczem. Ale uważam, że to jest potrzebne, bo to mobilizuje. W meczu z GTK, po słabym początku w obronie, nastąpiła metamorfoza. A wygrana przez nas kwarta 26:3 - przy trzech punktach dla GTK zdobytych równo z syreną - pokazała nasz potencjał, szczególnie w defensywie. To był dla mnie bardzo ważny mecz. Kolejnym takim momentem był dopiero półfinał. Mecze z Treflem i Basketem Poznań były już dla mnie spokojniejsze - wiedziałem, że jesteśmy w stanie je wygrać. No i oczywiście finał to już zupełnie inne emocje.
Po meczu z Treflem mieliście półfinał zagwarantowany. Dzięki temu w meczu z Basketem Poznań podstawowi zawodnicy mogli nieco odpocząć, choć i tak wielu z nich zagrało po 20-21 minut. Długo trener myślał, jak to minutowo rozegrać? By z jednej strony dać trochę oddechu, z drugiej utrzymać dyspozycję meczową, ale chyba również zwycięską serię.
- Nie chcieliśmy wybić ich z rytmu. Założenie było takie, żeby podstawowi zawodnicy zagrali około 15-17 minut, ewentualnie 20, jeśli to będzie potrzebne. Chcieliśmy też dać szansę innym zawodnikom na kilkanaście minut. Najważniejsze było to, żeby nikt się nie przeciążył, ani nie doznał kontuzji.
Medal zagwarantowaliście sobie w sobotę, pokonując Śląsk. W drugiej połowie pokazaliście klasę, wyrachowanie. Szersza rotacja zrobiła różnicę - w zespole Śląska punktowało tylko pięciu graczy. To i przewaga pod koszem - 40 pkt. z pomalowanego pomogło w awansie do finału.
- Dlatego to był drugi mecz, w którym się bardzo stresowałem. Wiedziałem, że musimy to zrobić. Gdybyśmy przegrali półfinał, moglibyśmy wrócić bez medalu. Mieliśmy jednak ogromną przewagę. Śląsk był zmęczony i grał w okrojonym składzie. Poza tym nauczyliśmy się już z nimi grać i wiedzieliśmy, co trzeba zrobić w obronie. Na początku trafili kilka trójek, ale przez większość meczu byliśmy spokojni.
Turniej trwał aż pięć dni. Przygotowanie motoryczne przy takiej intensywności musi być bardzo ważne.
- Myślę, że trudno przygotować się idealnie na taki pięciodniowy maraton. Kluczem jest raczej zarządzanie minutami w trakcie turnieju. Jeżeli można kogoś oszczędzić - trzeba to zrobić. A kiedy przychodzą kluczowe momenty, to już nie ma miejsca na oszczędzanie.

Pojawiają się pomysły, aby wydłużyć turniej finałowy MP o jeden dzień i zdobić przerwę przed półfinałami.
- To pomysł, który warto rozważyć. Rzeczywiście mogłoby to pomóc zawodnikom się zregenerować. Ale nie wiem, czy organizacyjnie będzie to łatwe do wprowadzenia.
A jak wygląda kwestia szkoły u chłopaków, którzy biorą udział w takim kilkudniowym turnieju? Nie siedzi im z tyłu głowy, że mają jakieś klasówki, zbliżające się egzaminy?
- Kiedy już wyjeżdżamy na finały, jesteśmy skupieni wyłącznie na turnieju. Cały plan dnia jest podporządkowany przygotowaniu do meczu. Raczej myślimy o rozrywce i rozluźnieniu głowy przed spotkaniami, a nie o nauce. Nikt nie zgłaszał, że musi się uczyć zamiast przyjść na odprawę wideo. To są finały mistrzostw Polski - dla niektórych jedyne w życiu.
Kapitanem drużyny Legii był Wojciech Jasiewicz. Chłopak, który w Mistrzostwach Polski zagrał po raz czwarty.
- Dwa razy w U17 i dwa razy w U19. Jak na ten wiek to naprawdę sporo. Dobrze, że wreszcie doczekał się medalu - i to złotego.
Wielu z tych chłopaków kończy wiek juniora. Czy są gotowi na seniorską koszykówkę?
- To zależy, jaką ścieżką pójdą i co uznamy za tę seniorską koszykówkę. Bo powiedzmy sobie szczerze - ta druga liga, jaką mamy obecnie w systemie, nie daje aż tak wielu naprawdę poważnych meczów, takich o coś dużego. Pytanie więc, czy mówimy o pierwszej lidze, czy może o przebiciu się gdzieś do składu w PLK. Myślę, że niektórzy z nich mogliby spróbować swoich sił w pierwszej lidze. Może nie od razu z jakimś efektem "wow", ale z czasem - przy odpowiedniej pracy - mogliby wypracować sobie tam solidną pozycję. Mam nadzieję, że część z nich zostanie tutaj. Właśnie po to pracujemy, żeby drużyna ekstraklasy nie musiała nagle uzupełniać treningów kimkolwiek, tylko żeby miała do dyspozycji sprawdzonych, ogranych i coraz bardziej doświadczonych zawodników, którzy podnoszą poziom treningu. Życzę wszystkim jak najlepiej i jak najlepszych wyborów. Zawsze jest to ogromna przyjemność, kiedy widzi się zawodników, z którymi kiedyś się pracowało, a którzy teraz gdzieś grają. Kiedy wychodziliśmy z korytarza przed prezentacją przed meczem Legii z Zastalem, pomyślałem o tym, że żaden z moich obecnych podopiecznych pewnie nie wie, że kiedyś miałem okazję prowadzić niektórych obecnych zawodników Zastalu. Na przykład Krzyśka Sulimę - był ze mną na takich mistrzostwach Polski juniorów, został wtedy MVP finałów i zdobył złoty medal. Bardzo sympatycznie wspominam jego i wszystkich innych zawodników, którzy mieli taką okazję w swojej karierze.
Wykorzystanie graczy podkoszowych, głównie Dawida Niedziałkowskiego, miało duży wpływ na końcowy sukces w tym turnieju. Oczywiście trzeba także dobrze dogrywać im piłki, ale czy to był Wasz plan, by wykorzystywać dobrze dysponowanego Dawida, czy Julka?
- Powiem szczerze, że nasz wachlarz rozwiązań ofensywnych był dość szeroki. Mieliśmy zarówno gry dwójkowe, różne warianty pick-and-rolla, akcje na low post, jak i wyprowadzanie zawodników na pozycje rzutowe. Myślę jednak, że kluczem było to, że naprawdę dobrze nauczyliśmy się bronić. I to właśnie obrona była najważniejsza. Z niej wynikały łatwe punkty, a przede wszystkim nie było potrzeby ciągłego odrabiania strat, czy gonienia wyniku. Oczywiście na bieżąco patrzyliśmy na boisko i szukaliśmy miejsc, w których mamy przewagę. Często ją mieliśmy i potrafiliśmy z niej korzystać. Bardzo dobrze, że forma zawodników pozwalała nam to wykorzystywać.
W półfinale Błażej Czapla był bardzo bliski triple-double (15 pkt., 11 zb., 8 as.), ale w finale zagrał jeszcze lepsze spotkanie, najlepsze indywidualnie w całym turnieju.
- Szczerze mówiąc, teraz już tego tak dokładnie nie kojarzę. Te mecze trochę zlewają mi się w całość. Pamiętam, że mieliśmy tam momenty statystycznie słabsze, ale ogólnie wszystko płynęło dość równo. Ze statystyk najbardziej utkwiło mi w pamięci coś innego - półfinał Pucharu Polski. Błażej Czapla i Dawid mieli wtedy po 3/14 z gry, a mimo to przegraliśmy tylko 84:80 z WKK Wrocław. Te liczby akurat pamiętam bardzo dobrze. Natomiast jeśli chodzi o ten turniej - wiem, że chłopcy dobrze grali, dobrze bronili, wykorzystywali swoje przewagi. Była dobra atmosfera, dobra energia i myślę, że to właśnie dzięki temu zdobyliśmy ten medal.
Długi i wyczerpujący półfinał z udziałem Trefla na pewno był Wam na rękę. Wiadomo, że nie zależało to od Was, ale przy grze dzień po dniu, większa intensywność i mniej czasu na regerenerację musi mieć znaczenie. Tylko to trzeba było jeszcze wykorzystać na parkiecie.
- Tak... kolejny raz słyszę ten argument o zmęczonym przeciwniku, co by było gdyby. Ale przypominam, że w czwartek, kiedy z nimi wygrywaliśmy dwudziestoma kilkoma punktami, oni nie byli po dwóch dogrywkach. Akurat Trefl - podobnie jak WKK - miał jeden z najszerszych składów w całym turnieju. Dlatego, jak powiedziałem, tego nigdy nie sprawdzimy: co by było, gdyby. Zresztą w meczu grupowym Trefl też z nami przegrywał dwudziestoma kilkoma punktami. Później zeszło to do dwunastu - trochę z mojej winy, bo specjalnie nie brałem czasu. Chciałem, żeby chłopcy sami nauczyli się grać pod presją. Trochę później tego żałowałem, ale fakty są takie, że w czwartek było ponad 20 punktów różnicy. Dlatego te 12-13 punktów przewagi w finale chyba nie było dla nikogo wielkim zaskoczeniem, że jesteśmy w stanie to zrobić.
Czy taki turniej finałowy jest także dobrą okazją do podglądania stanu "wojsk" rywali? Pod kątem ew. wzmocnienia zespołu juniorów Legii na kolejne rozgrywki?
- Jeśli mówimy o zawodnikach z innych drużyn, to myślę, że my się już dość dobrze orientujemy w całym - nazwijmy to - "asortymencie" zawodników w Polsce i w możliwościach ich pozyskania. Wiadomo, że jest kilka kluczowych akademii, które szkolą zawodników i dają im szansę gry w seniorskiej koszykówce - czy to w drugiej lidze, czy niektórzy nawet w pierwszej. Dlatego takie turnieje raczej nie są dla nas miejscem na skauting. Myślę, że bardziej korzystają z nich agenci, którzy przyjeżdżają, obserwują i zastanawiają się, kogo mogliby pozyskać do współpracy. My natomiast tych kluczowych zawodników zazwyczaj już znamy i niewiele rzeczy nas tutaj zaskakuje.
Część zawodników kończy już wiek juniora i w U19 grać już nie będzie. Kto - poza Błażejem Czapla - może być liderem tej drużyny w kolejnym sezonie?
- Zostaje nam rocznik 2008, który w zeszłym roku - z różnych przyczyn - nie wyszedł z półfinałów. Myślę, że kilka rzeczy się na to złożyło. Przede wszystkim mieliśmy mocno skręconego Tytusa Antoniuka, a był bardzo ważną postacią i wtedy trochę nam się to rozsypało. Miałem też mniejszy kontakt i mniej meczów z zawodnikami z SMS-u, którzy również mieli być kluczowi. Ostatecznie nie bardzo udało się na nich oprzeć wynik. Szkoda, bo w zeszłym roku naprawdę liczyłem na finały. W tej chwili mamy dość szeroki rocznik 2008. Na pewno będziemy myśleli o jeszcze szerszym składzie niż w zeszłym roku. Część zawodników już trochę się ograła w drugiej lidze, część na pewno dostanie szansę. Czy wszyscy - tego nie wiem. Liczymy też na to, że ktoś jeszcze będzie chętny do rozmów z nami. Będziemy również patrzeć na młodsze roczniki, bo jeśli ktoś jest młodszy, ale bardzo dobry, to dlaczego miałby nie grać w roczniku 2008? Zobaczymy. Wszystko jest jeszcze przed nami. Zobaczymy, jak będzie układała się współpraca i jakie plany będzie miał klub. Chcielibyśmy, żeby to nie był ostatni medal juniorski w Legii na dłuższy czas.
Rozmawiał Marcin Bodziachowski, fot. Marcin Bodziachowski